Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2010-12-14

Polska ofensywa dyplomatyczna czy dyplomatyczny PR

Ostatnie dokonania dyplomatyczne polskich władz zostały bardzo ciepło odebrane przez krajowe media. Wszystko rozpoczęło się od przybycia do Polski prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa. Wizyta głowy państwa rosyjskiego pierwsza od ośmiu lat ma być zapowiedzią nowego rozdziału w stosunkach polsko-rosyjskich. Szczególnie miła dla polskiego ucha była deklaracja rosyjskiej Dumy Państwowej potępiająca mord katyński i uznająca winę Stalina za tę zbrodnię. Dla Polaków przez dziesięciolecia karmionych kłamstwem katyńskim była to rzecz od strony symbolicznej ważna. A wszystko to pomimo innego stanowiska Rosji w tej kwestii na forum Trybunału Strasburskiego. Ale tam, w Strasburgu istnieje obawa przed roszczeniami ofiar, tutaj mamy do czynienia z deklaracją polityczną. Oczywiście w tym kontekście pojawiły się obawy, czy aby jednoznaczne stanowisko Kremla w sprawie Katynia nie miało być przykrywką dla słabo prowadzonego śledztwa smoleńskiego. Inna rzecz, niezwykle bolesna, dotyczy uprzednich konsultacji prezydenta Komorowskiego na forum Rady Bezpieczeństwa Narodowego, które prowadził z generałem Wojciechem Jaruzelskim. Ten ostatni jako rzekomy specjalista od spraw stosunków polsko-rosyjskich to jakieś niebywałe kuriozum polskiej polityki zagranicznej i polityki historycznej. Bo wydaje się, że Belweder chciał w ten sposób nie tyle zasięgnąć rady generała, co pokazać Kremlowi, że pragnie wykonać gest przyjazny w swojej polityce historycznej. Tylko, że gest ten okupiony jest potężnym kłamstwem. O ile bowiem Duma rosyjska słusznie potępiła zbrodnię katyńską, o tyle relatywizowanie wasalistycznej polityki władz PRL jest po prostu niedopuszczalne. Oto jakimi słowy generał Jaruzelski rozmawiał z Leonidem Breżniewem po tym, jak został I sekretarzem KC PZPR tuż przed stanem wojennym w 1981 roku: „Zgodziłem się przyjąć to stanowisko po dłuższej wewnętrznej walce i tylko dlatego, iż wiedziałem, że wy mnie popieracie i że wy jesteście za tą decyzją. Jeżeli byłoby inaczej, nigdy bym się na to nie zgodził”. Tak wasalistyczne słowa świadczyły o takiej właśnie postawie Jaruzelskiego wobec Moskwy. Czy wobec tego wasal państwa sowieckiego z czasów komunistycznych może być autorytetem w relacjach między Polską a Rosją w czasach współczesnych? Czy może nim być człowiek, który (jak wynika z dokumentów) zapraszał wojska sowieckie do Polski w wypadku „niepowodzenia stanu wojennego”? Okazuje się, że dla prezydenta Komorowskiego jak najbardziej tak. Wydaje się zatem, że zyski w polityce historycznej, jakie nam przyniosła deklaracja Dumy zostały zniwelowane poprzez decyzję prezydenta Komorowskiego w sprawie generała Jaruzelskiego.

Jakie zatem inne korzyści polityczne przyniosła nam wizyta prezydenta Miedwiediewa? Na pewno od strony czysto kurtuazyjnej został wykonany cały szereg gestów. Takie gesty mogłyby być zapowiedzią nowego rozdziału w różnych relacjach, w szczególności gospodarczych. W tej jednak materii wydarzyło się bardzo niewiele. Zachodzi zatem pytanie, czy polskie nadzieje na otwarcie rynku rosyjskiego, na udział w jakiś wspólnych wielkich projektach inwestycyjnych są zasadne? Niektórzy wszak twierdzą, że „miła” wizyta Miedwiediewa może się łączyć z polityką ściśle „pijarowską”. Polacy łasi na różnorakie symboliczne gesty i romantyczną kurtuazję mogą zapomnieć o konkretach. A konkrety to strategiczne porozumienie Rosji z Niemcami, w wielu punktach sprzeczne z naszymi interesami. Gdyby wizyta Miedwiediewa była zapowiedzią modyfikacji tego porozumienia lub jego zmiany, gra byłaby warta świeczki. Jeśli natomiast ma ona tylko osłabić czujność i tak minimalną wśród luminarzy polskiej opinii publicznej, to sprawa ma się zupełnie inaczej.

Aby na to zagadnienie znaleźć odpowiedź, należy zwrócić uwagę, co w tym samym czasie robił premier Donald Tusk. Prezes Rady Ministrów udał się z wizytą zagraniczną do Berlina, gdzie zadeklarował polską zgodę na niemieckie propozycje modyfikacji traktatu lizbońskiego, tak aby można dokonać jeszcze głębszej centralizacji Unii Europejskiej. Że jest to ważne każdy wie, bo Polska w przyszłym roku obejmuje przewodnictwo UE. Że jest to dla nas skrajnie niekorzystne, to też każdy wiedzieć powinien. Tymczasem wielu zastanawiało się, za jaką cenę mamy rezygnować na rzecz Brukseli z kolejnych segmentów naszej suwerenności. Ceną okazała się zgoda Niemiec (UE) na inny sposób zaksięgowania naszego długu publicznego, co ma zapobiec chwilowo zapaści polskiego budżetu. Tak więc za zgodę na machinacje księgowe w kwestii naszego długu publicznego (za ukrycie go pod dywanem), zgadzamy się na kolejny etap budowy superpaństwa w Europie. Druga wypowiedź premiera Tuska dotyczyła kwestii gazociągu północnego, gdzie zrelatywizował znaczenie zagrożenia rury bałtyckiej dla polskiej żeglugi wokół portu w Szczecinie i Świnoujściu. Widać zatem wyraźnie, że w ten sposób nie tylko nasza polityka zagraniczna nie sprzeciwia się strategicznym planom porozumienia niemiecko-rosyjskiego na kontynencie, lecz nawet ten związek przez polskich przywódców państwowych został „pobłogosławiony”. Czy dziwić się zatem należy słodkim gestom wykonywanych względem naszych elit państwowych tak przez Moskwę, jak i Berlin?

Prezydent Komorowski, pożegnawszy prezydenta Rosji, bardzo szybko pojechał w podróż dyplomatyczną do Waszyngtonu. Tam podejmowany był również ciepło przez Baraka Obamę, który stwierdził, że Polska jest najważniejszym sojusznikiem Ameryki w Europie Środkowej. Słodkie te słowa zostały szybko rozgłoszone w polskiej przestrzeni medialnej i politycznej. Niektórzy tylko zadali pytanie, czy są to wyrazy rzeczywistej przyjaźni, czy dyplomatyczny lukier, mający zakryć pewne pęknięcie we wzajemnych relacjach. A wydarzyło się w dniach ostatnich wiele, zważywszy na rewelacje portalu internetowego Wikileaks, który pokazał, że instalacja w Polsce rakiet Patriot miała charakter czysto ćwiczeniowy, a nie bojowy. Przypomnę Państwu, że przyjazd baterii (ćwiczeniowych jak się okazało) tych rakiet witany był przez Polaków z wielką pompą, a wielu analityków radowało się z zaangażowania militarnego USA w naszym państwie i w naszym regionie. Internetowa kompromitacja dyplomacji amerykańskiej musiała być nam jakoś osłodzona, skoro prezydent Obama obiecał nawet zniesienie wiz… za kilka lat oczywiście. Media liberalne ogłosiły sukces dyplomatyczny prezydenta Komorowskiego, zapominając, że wizy dopiero za lat kilka (?), a bezpieczeństwo polskie słabnie. Z wizami jakoś żyć damy radę, ale bez należytej obrony nie za bardzo. Ważne, że nasi przywódcy zostali z wielką serdecznością poklepani po plecach i mogą zaprezentować się swojemu społeczeństwu (swojemu elektoratowi) jako ci, którzy zapewnili Polsce przyjaźń wielkich państw świata zachodniego. Sytuacja jest tu analogiczna do „wielkie sukcesu”, jaki odniósł prezydent Komorowski na szczycie NATO, gdzie zadeklarowano, że 5 punkt Traktatu waszyngtońskiego obowiązuje. Ów punkt mówiący o solidarności państw NATO w wypadku zewnętrznego zagrożenia któregokolwiek z nich jest podstawą istnienia Paktu Północnoatlantyckiego. Gdyby ten punkt wykreślono, Sojusz przestałby istnieć. Na czym więc polegał sukces szczytu? Na dzikiej radości polskich mediów i polskich polityków z banalnych deklaracji, które i tak paść musiały.

Jak wiadomo ekipa Baraka Obamy, stawiająca na sojusz z Niemcami w Europie, stara się doprowadzić również do strategicznego porozumienia z Rosją. Z perspektywy dzisiejszych władz w Waszyngtonie dobrze jest też widziany rysujący się sojusz Berlina i Moskwy. Przywódcy polskiego państwa, w tym prezydent Komorowski deklarujący poparcie dla ratyfikacji rozbrojeniowego układu rosyjsko-amerykańskiego START II, weszli w ten sposób w wewnątrzamerykański spór na ten temat. Republikanie opierający się do tej pory ratyfikacji, sugerowali, że potrzebna jest obrona krajów środkowoeuropejskich, w tym Polski przed zagrożeniem rosyjskim. Deklaracja władz polskich wspierająca ratyfikację wybija republikanom argumenty, wzmacniając działania prezydenta Obamy. Popieranie zaś obozu demokratów w wewnętrznej rozgrywce politycznej z obozem Republikanów w dłuższej perspektywie kompletnie nam się nie opłaca. Republikanie wszak, przynajmniej taktycznie (choćby chwilowo) starali się przeciwdziałać dominacji rosyjsko-niemieckiej na Starym Kontynencie. Jak widzimy cena jaką płacimy za wizy, jest skrajnie wysoka. Ale czegóż się nie robi dla dobrego „pijaru”.

Cieszy się zatem polska scena polityczna i polski świat liberalnych mediów z nowej „ofensywy dyplomatycznej” naszych władz. Ta radość wydaje się jednak przesłaniać potrzebę rzeczywistego zatroskania o naszą międzynarodową pozycję. Na Starym Kontynencie budowany jest krok po kroku strategiczny układ niemiecko-rosyjski przy pełnym poparciu Waszyngtonu. Nasze możliwości przeciwdziałania mu są ograniczone, ale nasza zgoda na ten układ i deklarowana powszechnie radość jest po prostu żenująca i blokująca konieczną czujność oraz dążenia do wzmocnienia własnej siły we wszystkich sferach życia państwowego.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 14 grudnia 2010 roku.