Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2010-10-27

Bankructwo „multi-kulti”

Budowanie w Niemczech wielokulturowego społeczeństwa zupełnie się nie sprawdziło. Ta diagnoza kanclerz Angeli Merkel przedstawiona na zjeździe młodzieżówki chadeckiej zaszokowała lewicowe media. Jednak dziś coraz trudniej walczyć z tezą, że laicka antykultura Zachodu niszczy Europę od wewnątrz i nie posiada żadnej siły asymilacyjnej.

Merkel uznawana była do tej pory za zwolenniczkę propagowania integracji przebywających w Niemczech Turków. To za jej rządów stworzono program zachęcający dzieci tureckie do zapisywania się do niemieckich przedszkoli, imamów zaczęto kształcić na niemieckich uniwersytetach, starając się ukrócić praktykę wysyłania ich na studia do Turcji. Wszystko to łączyło się także z wielką akcją stadionową nakierowaną na pojednanie kibiców tureckich i niemieckich. Skąd taki zwrot opinii Angeli Merkel? Prof. Ireneusz Krzemiński oznajmił, że mamy tu do czynienia po prostu ze „stwierdzeniem faktu” przez panią kanclerz, a nie z jakimś radykalnym zwrotem w polityce niemieckiej. Jednakże to „stwierdzenie faktu” pojawiło się, kiedy głośnymi stały się poglądy członka zarządu Banku Centralnego Thilo Sarrazina zawarte w książce „Deutschland schafft sich ab”. Wtedy to dyskusja na temat muzułmańskich imigrantów w RFN ruszyła pełną parą. Według niemieckiego finansisty, Turcy w sposób pasożytniczy korzystają z opieki socjalnej Niemiec, będąc nieproduktywni, co przy zapaści demograficznej tego kraju może doprowadzić do zmian społecznych na nieobliczalną skalę, określoną przez Sarrazina w tytule książki: „Niemcy wykończą się same”. Od jego stanowiska zaczęli odcinać się niemieccy politycy, sam autor głośnej publikacji (nakład przekroczył milion egzemplarzy) zrezygnował z pracy w Banku Centralnym. Prezydent Christian Wulff stwierdził, że w Niemczech mamy do czynienia z trzema wielkimi religiami (chrześcijaństwem, judaizmem i islamem), które są równoprawne i tworzą społeczeństwo. Jednakże ostre reakcje polityków na książkę Sarrazina okazują się nieskuteczne. Świadczy o tym nie tylko olbrzymi nakład książki, ale i badania statystyczne, które mówią, że antyislamska partia w Niemczech mogłaby liczyć nawet na dwudziestoprocentowe poparcie. Dodajmy, że elektorat ten to w dużej mierze dzisiejsi zwolennicy CDU-CSU. Musiała to zrozumieć Angela Merkel, stąd jej słowa na zjeździe niemieckiej młodzieżówki. Jeśli CDU nie zacznie podejmować problemów, o których dyskutuje się w większości niemieckich domów, może stracić poparcie na rzecz nowego bytu politycznego. Pamiętajmy, że groźby stworzenia nowej partii z nieco innych powodów od czasu do czasu wysyła Erika Steinbach.

Laicyzm bez asymilacyjnej siły

Problem braku asymilacji mniejszości tureckiej jest niezwykle poważny dla naszych zachodnich sąsiadów. Z drugiej strony, sytuacja demograficzna wręcz zmusza Niemców do przyjmowania nowych emigrantów. Ale chcieliby oni imigracji ludzi wykształconych, a nie masy nisko wykwalifikowanych robotników tureckich. Padły nawet słowa, że Niemcy wolą szybko asymilujących się emigrantów z Polski.

Nie ulega wątpliwości, że tego typu wypowiedzi kanclerz Niemiec muszą rzutować na stanowisko Berlina w sprawie przyjęcia Turcji do Unii Europejskiej. Na skutek akcesji żywioł turecki w Niemczech jeszcze bardziej by okrzepł, wzmocnił się liczebnie (w UE jest możliwość swobodnego osiedlania się obywateli Unii) i miałby jeszcze mniej powodów do asymilacji. Problemy te doskonale zdiagnozował profesor Roberto de Mattei w swej książce „Turcy w Europie”. Czytamy: „Unia Europejska nie jest w stanie zintegrować tak odmiennego od naszej tradycji politycznej, kulturowej i religijnej narodu, jakim są Turcy. Spośród swoich mnogich historycznych tożsamości Turcja wyrugowała wyłącznie chrześcijaństwo, które mogłoby stanowić obecnie jedyny most łączący ją z Europą i Zachodem” (s. 107).

Główny problem Niemiec i wielu innych krajów Europy polega nie tyle na wzrastającej sile islamu, ile na własnej kulturowej słabości. Gdyby nie zapaść demograficzna, kraje te nie musiałyby sprowadzać wielkiej masy imigrantów. Dramatyczny spadek przyrostu naturalnego w Niemczech nie jest spowodowany problemami ekonomicznymi czy brakiem opieki socjalnej. Ta ostatnia jest wręcz niezwykle rozbudowana, z czego bardzo chętnie korzystają wielodzietne rodziny tureckie. Problem leży w kulturze konsumpcyjnej, w której pogrążyły się stare narody europejskie. Totalne wyparcie religii z przestrzeni życia publicznego (dyktatura relatywizmu) doprowadziło do wytworzenia się nowej kultury materializmu praktycznego. Nie jest ona w stanie zaproponować imigrantom muzułmańskim atrakcyjnej oferty asymilacyjnej, gdyż stoi w totalnej sprzeczności z religijną kulturą krajów macierzystych, z których przybyli. Wypieranie chrześcijaństwa spowodowało potężny kryzys społeczno-kulturowy w Europie, objawiający się między innymi katastrofą demograficzną, z drugiej strony pozbawiło narody siły asymilacyjnej. Co ciekawe – im bardziej w ostatnich latach Europa Zachodnia ulegała laicyzacji, tym bardziej w Turcji odradzały się islamskie ruchy polityczno-religijne, spychane na margines przez wiele lat dominacji wojska w życiu politycznym tego kraju. Efekt? Dzisiaj w Niemczech i innych państwach Zachodu przekonujemy się o skali odmienności społeczeństw europejskich i napływających islamskich emigrantów.

Tymczasem nadzieje były zupełnie inne. Wszyscy twierdzili, że rozwiązaniem bolączek będzie asymilacja przybyszów z krajów islamskich dokonana na bazie kosmopolitycznej i skrajnie konsumpcyjnej, a zarazem relatywistycznej kultury liberalnej (kultury postmodernistycznej). Kultura ta niszczy od wewnątrz narody europejskie, nie generując głębokich procesów asymilacyjnych. Pośrednio przyznała się do tego kanclerz Angela Merkel, ogłaszając bankructwo społeczeństwa wielokulturowego. Nikt nie proponuje jednak drogi wyjścia z zaistniałej sytuacji i już niedługo możemy doczekać się konfliktów społecznych w krajach europejskich na niewyobrażalną skalę.

Przestroga dla Polski

Polska od początku lat dziewięćdziesiątych poddawana była propagandzie głoszącej, że społeczeństwo w stylu „multi-kulti” jest niedoścignionym wzorem tolerancji i nowoczesności. Twierdzono, że powinniśmy się pozbyć swojej tradycyjnej „cierpiętniczej nerwicy” kulturowej, otwierając się całkowicie na świat. Nikt nie analizował, co w tym świecie jest dobre, a co złe, i na co powinniśmy się otwierać. Wskazywano, że po prostu jesteśmy zmuszeni przejść takie same procesy społeczne. Politycy przekonywali, że zapaścią demograficzną nie ma się co martwić, wystarczy otworzyć się na przybyszów z zewnątrz, którzy zaczną pracować na starzejące się społeczeństwo. Lata mijały, a nikt nie poddawał analizie tego, co stało się na Zachodzie. I nagle Europa ogłosiła bankructwo społeczeństwa wielokulturowego.

Pewne procesy, które obserwowaliśmy na Zachodzie, u nas dokonują się z dużym opóźnieniem czasowym. Pontyfikat Jana Pawła II zmusił przeciwników Kościoła do odłożenia działań. Dopiero dziś Janusz Palikot chce organizować pikiety przed pałacami biskupimi, by w ten sposób domagać się zgody na in vitro. Oczywiście wszystko to jest opóźnione, ale prowadzi nas to do podobnie zgubnych skutków. Polska bez kultury chrześcijańskiej nie będzie w stanie się ostać. I albo już dziś wyciągniemy z tego wnioski, posiłkując się refleksją nad stanem życia społecznego na Zachodzie, albo za kilkanaście lat premier Polski wzorem kanclerz Niemiec ogłosi, że idea społeczeństwa wielokulturowego zbankrutowała, a na rynku księgarskim ukaże się książka pod znamiennym tytułem „Polska wykończyła się sama”.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 27 października 2010 roku.