Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2010-05-25

Między Berlinem a Londynem

Powrót do władzy Partii Konserwatywnej w Wielkiej Brytanii zbiegł się z ogromnym kryzysem ekonomicznym i finansowym, jaki przeżywa dziś Unia Europejska. Jak będzie wyglądać polityka Wielkiej Brytanii pod rządami premiera Davida Camerona?

Oprócz kwestii gospodarczych na pierwszy plan wysuwa się polityka zagraniczna. Największy problem może dotyczyć spraw europejskich. Ostatnim niemalże akordem w tej dziedzinie w wydaniu Partii Pracy była ratyfikacja traktatu lizbońskiego, tak mocno krytykowanego przez konserwatystów. Premier Cameron zapowiedział nawet, że za jego rządów nie dojdzie już do podpisania przez Brytyjczyków żadnych nowych aktów rozbudowujących europejskie superpaństwo. Wszystko to w sytuacji, gdy Paryż i Berlin bardzo intensywnie dążą do centralizacji władzy w Unii Europejskiej, grożąc oponentom wprowadzeniem w życie projektu tzw. Europy dwóch prędkości. Groźba ta ma znaczenie szczególnie dla państw małych i biednych, ale na bogatych Brytyjczykach, tradycyjnie trzymających się z daleka od projektów federacyjnych na kontynencie pomruki Paryża i Berlina nie robią większego wrażenia.

Wszystko to jest bardzo ważne w sytuacji, gdy mamy dziś do czynienia z potężnym kryzysem finansowym w strefie euro. Przypadek pogrążonej w kryzysie Grecji to, zdaniem analityków, zaledwie wierzchołek góry lodowej. Podobne problemy w niedługim czasie mogą mieć Hiszpanie i Portugalczycy. 110 miliardów euro, jakie zostało przeznaczone na pomoc dla Grecji, łączy się z deklaracją przeznaczenia kolejnych 750 miliardów dla ewentualnych poszkodowanych finansową zapaścią pozostałych krajów. Główny ciężar finansowania tej pomocy biorą na siebie Niemcy. Kanclerz Angela Merkel stwierdziła nawet w Bundestagu, że wydanie tych ogromnych pieniędzy jest konieczne, od tego bowiem zależy przyszłość Unii Europejskiej, a także pozycja Niemiec w Europie. Po prostu bez tych środków z pewnością załamałaby się strefa euro, tak misternie budowany od lat 90. polityczno-gospodarczy projekt niemiecko-francuski.

Powrót idei Europy dwóch prędkości

Podtrzymywanie wspólnej waluty w UE jest dzisiaj bardzo kosztowne. Zdają sobie z tego doskonale sprawę włodarze Unii. Niemcy wiedzą, że jeśli nie będzie zaostrzenia narzędzi kontrolnych w UE, to pieniądze te mogą zostać przejedzone (zmarnowane) i za kilkanaście miesięcy problem wróci ze zdwojoną siłą. Aby się tak nie stało, konieczny jest proces konsolidacji władzy w Unii Europejskiej, a więc kolejne kroki na drodze budowy superpaństwa. Nie można mieć w UE wspólnej waluty bez wspólnotowego rządu. A to łączy się nierozerwalnie z utratą kolejnych atrybutów suwerenności przez państwa będące w Unii (w szczególności te znajdujące się w strefie euro).

I tak doszliśmy do rysującego się potężnego sporu w Unii Europejskiej. Widać to już w sferze projektów prawnego ograniczenia przez UE spekulacji finansowych dokonujących się w formie tzw. alternatywnych form inwestowania, przede wszystkim za pośrednictwem londyńskiego City. Brytyjczycy, będąc w centrum owego obiegu spekulacyjnego, zostaliby takimi brukselskimi ograniczeniami bardzo dotknięci. Uważają oni, że takie postanowienia są skrajnie niesprawiedliwe, zważywszy, na to że to nie Londyn wywołał finansowy kryzys i to nie funt, ale euro przeżywa największy kryzys. Tym bardziej planowana koncentracja władzy w Brukseli czy Frankfurcie nie może być mile widziana na Downing Street, w szczególności po dojściu torysów do władzy.

Rysuje się zatem bardzo poważna linia sporu między Berlinem a Londynem. Berlin z pewnością nie zechce już wydawać miliardów na ratowanie finansów Grecji, Hiszpanii czy Portugalii bez przejęcia pełnej kontroli nad sferą finansów w UE. Rząd w Londynie nie zamierza zaś iść dalej w budowie superpaństwa w Europie. W najlepszym więc razie może dojść do budowania tzw. Europy dwóch prędkości.

Stawka na opcję londyńską

Co w takiej sytuacji powinna zrobić Warszawa? Jak trudna jest sytuacja, zauważyli nawet unioentuzjaści z rządzącej Platformy Obywatelskiej. Zapowiedzi o wprowadzeniu waluty euro już w 2012 roku odchodzą powoli do lamusa. Nawet politycy warszawscy zrozumieli, że bardziej się opłaca być poza eurolandem, z boku przyglądając się kryzysowi greckiemu. Dostrzegając niestety dużą bezwolność władz polskich w wielu kwestiach, pokuśmy się mimo wszystko o małą analizę, co należałoby zrobić w tak rysującej się konfiguracji w UE. Jeśli Unia rzeczywiście pójdzie drogą "dwóch prędkości", to trzeba dążyć do tego, by znaleźć się w obszarze "drugiej prędkości" (innymi słowy, nie robić nic w celu wprowadzenia w Polsce waluty euro). Nikt i nic nie jest w stanie zagwarantować, że wpakowanie miliardów w finansową dziurę w Grecji i w innych krajach uratuje wspólną walutę. Można nawet być pewnym, że wydane w ten sposób miliardy spowodują spowolnienie rozwoju gospodarczego, gdyż zabraknie pieniędzy na wiele innych zadań. Skurczony też zapewne zostanie budżet Unii. Wejście w tak zdestabilizowany obszar walutowy to prawie szaleństwo. Zatem w rysującym się sporze co do modelu urządzania Unii Europejskiej, sporze między Berlinem a Londynem, o wiele korzystniejsza i tańsza jest dla nas opcja londyńska. Pozostaje jednak wręcz rozpaczliwe pytanie (i obawa), na ile nasze elity są w stanie podejmować niezależne od naszego zachodniego sąsiada diagnozy i samodzielne decyzje.

Artykuł ukazał się w „Naszym Dzienniku” 25 maja 2010 roku.