Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2010-03-20

Kto destabilizuje Bliski Wschód?

Wielu z nas nurtują pytania dotyczące polityki bliskowschodniej Stanów Zjednoczonych. Od dłuższego czasu Bliski Wschód jest jednym z najbardziej zapalnych regionów świata, w którym stale mamy do czynienia z militarnym zaangażowaniem USA.

Amerykańska obecność w Iraku i Afganistanie przeciąga się, a liczni obserwatorzy uważają, że może ona jeszcze potrwać długie lata. Nasuwa się zatem pytanie: co jest celem tej polityki i tej obecności? Niektórzy, odpowiadając na nie, wskazują, że celem jest po prostu ostateczne pokonanie na niwie militarnej fundamentalistycznych wrogów Ameryki w tym regionie. A że jest to ważny region – o tym wie każdy. Wszak znajdują się tam olbrzymie zasoby ropy naftowej i gazu. Jednakże wszyscy zdajemy sobie chyba sprawę z tego, że wygranie wojny przez USA w Afganistanie czy w Iraku jest po prostu iluzoryczne. Poniesione koszty bowiem nie przekładają się już na efekt końcowy tych akcji militarnych. Region jest wciąż skrajnie zdestabilizowany. Ale być może tu właśnie kryje się odpowiedź na dręczące nas pytanie.

Ameryce wszak może nie chodzić o stabilizację tego obszaru, lecz właśnie o jego destabilizację. Być może taki właśnie jest cel tej wojny? Amerykański politolog George Friedman w swojej dość fantazyjnej książce „Następne 100 lat” (Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek, przeł. Maciej Antosiewicz, wyd. Andrzej Findeisen AMF Plus Group Sp. z o.o., Warszawa 2009) postawił jedną bardzo ważną tezę. Czytamy tam: „Stany chciały zapobiec stabilizacji na obszarach, gdzie mogła się wyłonić inna potęga. Ich celem nie była więc stabilizacja, lecz destabilizacja. I to tłumaczy sposób, w jaki zareagowały na islamskie trzęsienie ziemi – nie chciały dopuścić do powstania wielkiego, potężnego państwa islamskiego. Odkładając na bok retorykę, stwierdźmy: Stany Zjednoczone nie są zainteresowane pokojem w Eurazji. Nie są zainteresowane wygraniem wojny. Podobnie jak to było w Wietnamie czy w Korei, celem tych konfliktów jest po prostu powstrzymanie innej potęgi lub destabilizacja regionu, a nie zaprowadzenie porządku. W odpowiednim czasie nawet zdecydowana amerykańska klęska jest do zaakceptowania. (...) Będą nowe interwencje w nieprzewidzianych miejscach i w nieoczekiwanych momentach. Amerykańskie działania będą się wydawały irracjonalne i rzeczywiście takie by były, gdyby cel podstawowy polegał na ustabilizowaniu Bałkanów czy Bliskiego Wschodu. Ale ponieważ podstawowym celem pozostanie najprawdopodobniej destabilizacja Serbii lub al Kaidy, interwencje będą całkowicie racjonalne. Na pozór nigdy nie doprowadzą do czegoś zbliżonego do «rozwiązania» i zawsze będą dokonywane siłami niewystarczającymi, by mogły się okazać decydujące” (s. 61-62).

Zatem przy wykorzystaniu zasady użycia minimalnej siły Amerykanie mieliby prowokować wojny w regionie po to, aby go nieustannie destabilizować. Największym bowiem problemem dla USA byłoby powstanie jednego wielkiego mocarstwa w tej przestrzeni, mocarstwa, które zdobyłoby panowanie nad olbrzymimi złożami surowców energetycznych, co z kolei czyniłoby takie nowe mocarstwo ważnym graczem w przestrzeni globalnej. Prowadzić wojny w celu destabilizacji państw i regionów – to niezwykle przewrotna, ale dość realna wizja polityki amerykańskiej ostatnich lat. Po wyeliminowaniu Iraku ważnym terenem zmagań staje się Iran. Ponieważ Iranu nie zamieszkują Arabowie, państwo to może odwoływać się bardziej do tradycji imperialnych starożytnej Persji niż do tradycji podbojów arabskich. Wykorzystanie animozji, jakie się pojawiają na tym tle, jest z pewnością ważne w strategicznej grze Ameryki.

Przykładem destabilizacyjnej polityki USA mogą być działania podejmowane wobec Izraela. Tysiąc razy słyszeliśmy nawoływania administracji waszyngtońskiej do zaprowadzenia pokoju w tym państwie. Tysiąc razy podejmowano rozmowy pokojowe i inicjatywy powołania do życia państwa palestyńskiego. I tysiąc razy nic z tego nie wyszło. Amerykanie tak chętnie atakujący Saddama Husajna przed kilku laty czy afgańskich talibów w żaden sposób nie kwapią się, aby interweniować w Izraelu w celu zaprowadzenia porządku. Wręcz przeciwnie – cała polityka kończy się na deklaracjach. Ostatnio np. sekretarz stanu Hillary Clinton w swojej wypowiedzi złagodziła wcześniejsze stanowisko mocno krytykujące Izrael za rozbudowę osiedli żydowskich w zachodniej, tradycyjnie arabskiej strefie Jerozolimy. Najpierw rządowi w Tel Awiwie pogrożono, by następnego dnia zapewnić Izrael o strategicznym wsparciu ze strony USA. W zdestabilizowanej sytuacji nad polityką panuje zdecydowanie Tel Awiw, wspierany potężnym zastrzykiem pieniędzy amerykańskich.

Owa destabilizacja regionu pogłębia się również ze względu na różnice w rozwoju sytuacji politycznej w dwóch oddzielonych od siebie regionach palestyńskich. Na Zachodnim Brzegu Jordanu rządy sprawuje popierany przez Zachód Fatah prezydenta Abbasa. W Strefie Gazy do władzy doszedł uznawany za organizację terrorystyczną Hamas. Oba te ugrupowania palestyńskie prowadzą ze sobą regularną propagandową i polityczną wojnę, ostatecznie bardzo korzystną dla Izraela, a być może także dla USA. Amerykanie mogą bowiem w ten sposób zbudować sobie kolejne alibi do nicnierobienia w tym regionie. Zatem względne poparcie Zachodu dla Fatahu służy temu, by nie doszło do wspólnej akcji Palestyńczyków z obu stref, akcji nakierowanej na realne zbudowanie państwa palestyńskiego. Brak takiego państwa może być uzasadniany tym, że Palestyńczycy sami ze sobą nie mogą się dogadać. W takim widzeniu spraw rządy Hamasu w Strefie Gazy mogą być po prostu Izraelowi i Ameryce na rękę. Ważne jest bowiem to, że wśród Palestyńczyków trwa walka wewnętrzna.

Czy zatem możliwe jest uporządkowanie sytuacji na Bliskim Wschodzie, w tym sytuacji w Palestynie? Klucz do odpowiedzi na to pytanie leży po stronie Waszyngtonu. Z doświadczeń kilkudziesięciu już lat zaangażowania USA w tym regionie takiej nadziei raczej mieć nie można. Amerykanie konsekwentnie stosują tutaj zasadę dziel i rządź i robią wręcz wszystko, by nie dopuścić do zbudowania silnego mocarstwa w tym obszarze świata. Stabilizacja regionu mogłaby zaś sprzyjać pojawieniu się takiego mocarstwa. Amerykańska, pozornie schizofreniczna polityka wobec Izraela, również wpisuje się w kontekst destabilizowania Bliskiego Wschodu. Taka polityka jest też dobrze widziana w Tel Awiwie, który otoczony jest krajami arabskimi, bardzo jednoznacznie sprzeciwiającymi się polityce Izraela i USA.

Artykuł ukazał się w „Naszym Dzienniku” z 20-21.03.2010