Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2014-03-21

Przemoc Rosji

Gdy patrzy się na działania Rosji w sprawie krymskiej, uderza przede wszystkim potężny cynizm władz Kremla. Nie zmieniły się imperialne cele geopolityczne Moskwy, zmieniła się jednak diametralnie metoda postępowania.

Władimir Putin, ogłaszając decyzję o przyłączeniu Krymu, przemawiał w Sali Georgijewskiej – najbardziej reprezentacyjnej na Kremlu, wszystko po to, aby nawiązać do imperialnych tradycji Rosji. Jego propagandowa argumentacja była niezwykle precyzyjna, trafiająca do zachodniego ucha. Powołał się przewrotnie na prawo międzynarodowe jako wyznacznik swoich działań i oczywiście wykorzystał kazus Kosowa, by usprawiedliwić zabór części terytorium Ukrainy. W ocenie Putina, tak jak Amerykanie uznali niepodległość Kosowa wbrew stanowisku Belgradu i wbrew konstytucji państwa serbskiego, tak on uczynił z Krymem. W retoryce rosyjskiego prezydenta, przypominającej przemówienia sowieckich przywódców o „bratniej pomocy”, mocno przewijał się przekaz, jakoby nie wprowadził on rosyjskich wojsk zewnętrznych na półwysep, lecz zareagowały te, które od lat tam stacjonowały w myśl międzynarodowych umów. Według Putina, włączenie Krymu do Rosji ma być aktem dziejowej sprawiedliwości – wszak gdy Chruszczow przyłączał ten region do sowieckiej republiki ukraińskiej, nikt mieszkańców nie pytał o zdanie w tej sprawie. To z powodów wizerunkowych Rosjanie oświadczyli, że w wymianie ognia między żołnierzami ukraińskimi i rosyjskimi zginął nie tylko Ukrainiec, ale również członek rosyjskiej samoobrony Krymu. W świat bowiem ma iść jasny przekaz: winnymi przemocy są „faszyści” ukraińscy, nie Rosjanie (na pewno nie regularne wojsko rosyjskie).

Putin jak car

Wydaje się jednak, że działania Kremla nie są adresowane do zachodniego odbiorcy. Na tym polu Rosja przegrała dużo. Przegrała wizerunkowo olimpiadę, która odbywała się w cieniu wydarzeń na kijowskim Majdanie. Przegrała batalię o Kijów, bo Janukowycz musiał uciekać z Ukrainy i dziś nic nie wskazuje na to, żeby miał kiedykolwiek tutaj wrócić. Największe jednak zagrożenie dotyczyło sytuacji wewnętrznej. Ukraina nigdy nie była przez Rosjan odbierana jako zagranica. Zatem jeśli możliwy był przewrót wbrew woli Putina w Kijowie, to dlaczego coś podobnego nie miałoby się wydarzyć w Petersburgu lub w Moskwie?

Panowanie nad największym w świecie państwem jest pochodną pewnych kontekstów cywilizacyjnych (określanych przez Feliksa Konecznego mianem turańskich), gdzie siła fizyczna i strach sankcjonują władzę. Rosja jest dlatego tak wielka, że carowie nieustannie starali się potwierdzać swą siłę, zdobywając kolejne terytoria. Stratedzy rosyjscy doskonale pamiętają, że przegrana przez cara wojna krymska w połowie XIX wieku zaowocowała niepokojami społecznymi i tzw. odwilżą posewastopolską. Przegrana wojna z Japonią (1904-1905) sprowokowała rewolucję roku 1905. Klęski frontowe z czasów I wojny światowej sprowadziły na Rosję najpierw rewolucję lutową, a potem październikową.

Odzyskanie Krymu jest więc bardzo mocnym sygnałem adresowanym do Rosjan, że władza jest silna i jest w stanie zdobywać nowe terytoria. W miastach Krymu udało się zorganizować coś w rodzaju antymajdanu, gdzie triumfujące tłumy po referendum świętowały radośnie powrót do „matki Rosji”. Notowania Putina szybko skoczyły w górę. „Car” pokazał siłę, udowodnił, że jest sprawny, a więc ma prawo do sprawowania władzy.

Pogróżki dyktatora

Przy okazji nadzwyczajnego orędzia Putin wysłał też niedwuznaczny sygnał do byłych republik sowieckich, gdzie żyje duża mniejszość rosyjska. Dał do zrozumienia, że podobne do krymskiego referenda mogą się odbyć w Kazachstanie, na Białorusi, w krajach nadbałtyckich itp., bo wszędzie tam żyje mniejszość rosyjska. Sygnał jest na tyle mocny, że z pewnością zostanie dobrze odczytany w tych państwach.

Przemówienie Putina szło w kierunku uspokojenia sytuacji, tak aby pokazać krajom Zachodu, że Rosja jakoby chce kompromisu. Stąd zapowiedź, że na Krymie będą trzy języki państwowe: rosyjski, ukraiński i krymskotatarski. A więc ma być rzekomo zaprowadzona szeroka autonomia kulturowa dla różnych narodów. Być może jest to również zapowiedź powstrzymania na jakiś czas kolejnych aneksji. Nie znaczy to jednak, że Kreml zrezygnuje w przyszłości z wpływu na to, co dzieje się na Ukrainie, szczególnie w południowo-wschodnich prowincjach.

Na tym tle reakcja Zachodu musi wyglądać niemrawo. Tak zwane sankcje nie są w stanie przykryć triumfu Moskwy na Krymie. Oczywiście Rosja poniosła też duże straty wizerunkowe na zewnątrz (chodzi o kraje zachodnie), została zawieszona w swoim członkostwie w grupie G8, ale myślę, że już wkrótce zobaczymy serię ocieplających gestów i nawoływań do rozmów oraz negocjacji. Kraje Zachodu łączy zbyt wiele interesów gospodarczych z putinowską Rosją, by chciały sobie pozwolić na ostre retorsje wobec Moskwy. Niestety, gdy media przestaną codziennie relacjonować sytuację na Ukrainie, może otworzyć się przestrzeń do negocjacji i Rosja powróci na arenę wielkiej gry międzynarodowej.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 20 marca 2014 r.