Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2013-04-26

Sojusznicy dyktatora

Zaostrzenie sytuacji na Półwyspie Koreańskim skłania wielu polityków i politologów do pogłębionej analizy geopolitycznej dotyczącej tego obszaru świata. Nie ulega wątpliwości, że jest to teren kluczowy.

Zupełnie mylne jest przekonanie przywódców europejskich, jakoby to Europa wciąż stanowiła centralny punkt świata. Tymczasem po upadku Związku Sowieckiego przeorganizował się układ sił w tym regionie. Stany Zjednoczone, do tej pory bardzo mocno militarnie obecne w Europie, zrewidowały swoje priorytety.

Dewaluacja NATO

Możemy wyróżnić dwa zasadnicze kierunki polityki USA. Republikanie starali się utrzymywać w miarę silny antyrosyjski kurs, dążyli do osłabienia Moskwy, wyeliminowania jej z oddziaływania na byłe republiki sowieckie. To właśnie dlatego za prezydentury George’a Busha powstał projekt włączenia do NATO Ukrainy i Gruzji. Osłabiona Rosja musiałaby porozumiewać się z Ameryką na warunkach partnera zza Oceanu. Zagrożenia dla USA miałoby się likwidować za pomocą siły, tak jak to miało miejsce w przypadku Iraku czy Afganistanu.

Polityka Demokratów, w tym prezydentów Clintona i Obamy, polega na wycofaniu się z konfrontacji z Rosją i postawieniu na układ niemiecki, który miałby porządkować zachodnią i środkową Europę. W tym rozdaniu mówi się o zresetowaniu stosunków z Rosją i zgodzie na tandem Berlina i Moskwy. Ostatnie wybory w USA umacniają nurt pozostawienia Europy samej sobie i przesunięcia zainteresowania USA w kierunku Pacyfiku.

Pakt Północnoatlantycki zaczyna w tym ujęciu odgrywać coraz bardziej marginalną rolę. Pojawiły się nawet głosy, aby włączyć do NATO również Moskwę, co oznaczałoby całkowitą likwidację tradycyjnych celów Paktu (obronę krajów europejskich przed zagrożeniem rosyjskim). Przywódcy Unii Europejskiej nie do końca zdają sobie sprawę z wycofywania się Ameryki z Europy, dość lekkodusznie podchodząc do kwestii wzmacniania swojego potencjału militarnego. Zatem twierdzenie, że NATO może być prawdziwym gwarantem polskiego bezpieczeństwa i polskiej niepodległości, że nie musimy być silni militarnie, zakrawa na farsę.

Symbolem wycofania się Ameryki z naszego regionu było chociażby zwinięcie przez Baracka Obamę projektu tarczy antyrakietowej, w który miały być zaangażowane Polska i Czechy. Dla Waszyngtonu zatem o wiele wartościowszym sojusznikiem od krajów środkowoeuropejskich są Niemcy, dodajmy – Niemcy, które mają dużą łatwość dogadania się z Rosją. Taki stan rzeczy jest w jakiejś mierze komfortowy dla Waszyngtonu i bardzo niekorzystny dla krajów środkowoeuropejskich.

Rywalizacja nad Pacyfikiem

Okazuje się zatem, że ciężar światowych stosunków handlowych już dawno przesunął się na Pacyfik, tam też rozgrywane są najbardziej strategiczne gry geopolityczne. Szczególną rolę zaczęły odgrywać Chiny, które w krótkim czasie urosły do potężnego mocarstwa gospodarczego, zdolnego wydawać krocie na zbrojenia. Głównym celem Chin jest wypchnięcie wpływów USA z regionu Pacyfiku.

Amerykanie wszak panują na morzach i przez ten fakt stanowią olbrzymie niebezpieczeństwo dla uzależnionych od eksportu i od surowców zewnętrznych Chin. Dawno już podjęli decyzję o przeorientowaniu swoich strategicznych interesów, uznając, że to, co dzieje się na Dalekim Wschodzie, będzie stanowić o przyszłości ich potęgi w świecie.

Porażka USA w tym regionie uwolni wszak wszystkie możliwości rozwojowe Chin, które po zdominowaniu takich sił jak Japonia, Korea Południowa czy wreszcie bogata w surowce naturalne Syberia rosyjska będą w stanie skutecznie stawić czoła globalnej dominacji amerykańskiej. Nie ulega wątpliwości, że rywalizacja Pekinu i Waszyngtonu odbywa się w dwóch przestrzeniach: gospodarczej i militarnej.

Na poziomie gospodarczym Chiny konsekwentnie próbują osłabić dominację dolara amerykańskiego w międzynarodowym obiegu finansowym. W szczególności musimy tutaj mieć na uwadze kraje dalekowschodnie i ich system finansowo-rozliczeniowy. Wypchnięcie dolara ze światowego obiegu rozliczeniowego musiałoby doprowadzić gospodarkę amerykańską do totalnej zapaści (uniemożliwiłoby to Amerykanom nieustanne, bezkarne dodrukowywanie waluty w celu pokrycia własnego deficytu budżetowego). Oczywiście taka zapaść nie jest też na rękę samym Chinom, które eksportują do USA gros swoich produktów. Zatem te dwie wielkie potęgi z jednej strony walczą ze sobą, z drugiej – są w dużej mierze od siebie zależne.

Azjatyccy sojusznicy USA

Można zaryzykować twierdzenie, że dla USA na Dalekim Wschodzie (w bezpośredniej bliskości Chin) są trzy bardzo ważne punkty – istotni sojusznicy geostrategiczni. Mówimy tu o Japonii (trzecia potęga gospodarcza w świecie), Tajwanie (dawna prowincja chińska) i Korei Południowej. Silna obecność militarna i gospodarcza Amerykanów w tych państwach ma swoje znaczenie. Tajwan (państwo, które powstało jako ostatni bastion Kuomintangu po przegranej wojnie z Mao), od lat nieuznawany jako niezależny podmiot przez Pekin, stanowi istotny czynnik blokady Chin dla ich dalszej ekspansji w regionie.

Silna gospodarczo Japonia, od lat skonfliktowana z Chinami, stanowi niezwykle cenny dla Amerykanów obszar równowagi sił w regionie. Raz za razem potęgujące się napięcia między Pekinem a Tokio są w jakiejś mierze na rękę USA. Wreszcie Korea Południowa (wieloletni sojusznik USA) – to bardzo dynamicznie rozwijająca się gospodarka i również ważny czynnik geostrategiczny i militarny w regionie.

Aby dobrze uzmysłowić sobie znaczenie tych podmiotów (będących zarazem bazami militarnymi USA), wystarczy spojrzeć na mapę. Nie ulega wątpliwości, że żadne z tych państw nie będzie w stanie w dłuższej perspektywie bez pomocy Ameryki poradzić sobie z rosnącą potęgą Chin. Amerykanie zdają sobie z kolei doskonale sprawę, że jest to ostatni moment, aby Chińczyków w ekspansji zatrzymać.

Spór o Syberię

Oczywiście oprócz tych sojuszników Waszyngtonu mamy kilku graczy, z którymi wszyscy muszą się do pewnego stopnia liczyć. Chodzi tu o Indie i Rosję. Indie, demograficzna potęga, państwo dynamicznie rozwijające się od strony gospodarczej, posiada całą gamę sprzecznych interesów z Chinami, co Waszyngton skwapliwie stara się dla siebie wygrać. Jednakże Indie leżą dość daleko od głównego teatru rozgrywek (Pacyfik). Większą, przynajmniej na razie, rolę może odgrywać Rosja.

Mimo różnorakich uprzednich konfliktów Moskwy i Waszyngtonu w relacji do Chin oba te podmioty wydają się wręcz skazane na porozumienie. Rosjanie mający niezwykle rozległe terytorium wydają się nie mieć dostatecznej siły ekonomicznej, by dobrze spiąć ten obszar w swym władaniu. Celowi temu służy bardzo centralistyczny, na poły dyktatorski system rządów, dość jednak nieskuteczny, jeśli bierzemy pod uwagę budowanie potęgi ekonomicznej.

Syberia mogłaby być łakomym kąskiem dla Chin z punktu widzenia surowcowego. Rosjanie jednak zdają sobie sprawę, że w utrzymaniu Syberii przy sobie mają sojusznika – Stany Zjednoczone. Waszyngton doskonale wie, że przejęcie kontroli nad Syberią przez Chiny całkowicie zachwiałoby równowagę sił w regionie, więc Amerykanie nigdy nie zgodzą się na taką zmianę układu, zdolni czynnie pomóc Rosji.

Konflikt na Półwyspie Koreańskim

Wszystkie te trzy wyżej wymienione państwa były w przeszłości żywo zaangażowane w konflikt na Półwyspie Koreańskim. Rosja, wspomagająca wcześniej procesy rewolucyjne w Chinach, później, po przejęciu władzy przez Mao Tse-tunga, wspomagała komunistów północnokoreańskich w wojnie lat pięćdziesiątych. To samo zrobili Chińczycy. USA zaangażowały się militarnie w obronę Korei Południowej. Sojusz rosyjsko-chiński już dawno odszedł jednak do przeszłości. Model komunizmu koreańskiego nie jest też dzisiaj akceptowany przez Pekin. Jednakże to właśnie w Chinach reżim północnokoreański znajdował i w jakimś sensie znajduje największego obrońcę. Wprawdzie Chińczycy są zaniepokojeni zbrojeniami nuklearnymi Phenianu, jednakże nie chcieliby w żadnej mierze dopuścić do przejęcia kontroli na półwyspie przez Koreę Południową – sojusznika USA w tym regionie.

Oczywiście konflikt zbrojny nie jest korzystny dla wszystkich sąsiadów Korei Północnej, gdyż musiałby się łączyć z pojawieniem się w Chinach i w Korei Południowej olbrzymiej liczby uchodźców północnokoreańskich, ludzi niezwykle biednych, których trzeba by utrzymać. Byłby to wielki koszt, którego nikt nie chce ponieść. Wydaje się również, że rozumieją to sami Amerykanie, dla których Seul stanowi bardzo ważny punkt geostrategiczny. Proste przejęcie kontroli przez południowych Koreańczyków nad Północą mogłoby sprowadzić na Seul ogromne kłopoty ekonomiczne, o wiele większe, niż miało to miejsce podczas procesu jednoczenia Niemiec przed laty.

Jednakże najbardziej nieobliczalne konsekwencje wojny na Półwyspie Koreańskim dotyczą kwestii posiadania przez Phenian broni nuklearnej, użycie której mogłoby doprowadzić do olbrzymiej katastrofy humanitarnej, ekologicznej, a co za tym idzie – gospodarczej w regionie.

Widzimy zatem, że na Dalekim Wschodzie toczy się dziś kluczowa globalna rywalizacja mocarstw. Półwysep Koreański odgrywa tu dużą rolę. Nie chodzi tu, jak przed laty, o czynnik ideologiczny. Trudno sobie wyobrazić, aby model komunizmu północnokoreańskiego był atrakcyjny dla któregokolwiek z państw w regionie. Chodzi tutaj przede wszystkim o czynnik militarny i równowagę sił w regionie. Wydaje się, że w obecnej, skomplikowanej sytuacji dla głównych graczy najbardziej korzystne jest status quo na tym terenie. Czy jednak jakiś nierozważny krok nie doprowadzi do wojny – trudno dziś ostatecznie rozstrzygnąć.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 6-7 kwietnia 2013 r.