Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2013-08-17

Bez wizji, bez ambicji

Polska polityka zagraniczna w wydaniu liberalnym od 1989 roku nie umiała znaleźć ani celu, ani oparcia dla swoich działań na arenie światowej.

Nawet postronny obserwator dochodzi do konstatacji, że ostatnie dwadzieścia lat niepodległego państwa polskiego nie wiązało się ze zdefiniowaniem suwerennej polityki zagranicznej. Władysław Bartoszewski, pełniąc dwukrotnie urząd ministra spraw zagranicznych, wpisywał się w kontekst tak prowadzonych działań na arenie międzynarodowej. Powstaje wrażenie, że ten styl uprawiania polityki bardziej przypomina czasy PRL: szukanie czynnika dominującego w naszej części kontynentu i podwieszanie się pod cele, które ów dominujący czynnik ustalił.

Wyprzedaż suwerenności

Układ sił w świecie i w Europie Środkowej od lat dziewięćdziesiątych określony był przez porozumienie amerykańsko-niemieckie, a dalej – przez rodzący się układ niemiecko-rosyjski. Czasy prezydentury Billa Clintona bardzo jednoznacznie określały taki układ. Oczywiście w jakimś stopniu respektowano też interesy rosyjskie w regionie.

Polska polityka zagraniczna jakby zawieszona została na tej wizji, za główne cele stawiając sobie wejście do struktur euroatlantyckich. Naturalnie warunki tej akcesji określały państwa dominujące w tej przestrzeni. Tak więc zostało przeprowadzone wejście Polski do NATO, ale bez obecności militarnej USA w naszym kraju (to bowiem naruszałoby interesy rosyjskie). Akcesja do Unii zaś odbywała się przy konsekwentnej redukcji polskiego potencjału przemysłowego i masowej wyprzedaży kluczowych elementów gospodarki narodowej (przykład: wyprzedaż sektora finansowo-bankowego).

Wszystko to doprowadziło do sytuacji, że gospodarka polska stała się strefą całkowicie zależną od czynnika zewnętrznego, w szczególności od gospodarki niemieckiej. Utrata własności w sferze bankowej to praktycznie wyzbycie się decyzyjności w przestrzeni gospodarczej (polityka finansowo-kredytowa należy wszak do kluczowych, jeśli mówimy o zarządzaniu gospodarką). Polska polityka zagraniczna nie postawiła sobie w dziedzinie gospodarczej żadnych celów, które by można nazwać mianem suwerennych. Trudno wszak za suwerenne uznać procedury dostosowawcze polskiego prawa do tzw. standardów unijnych. Wypłukiwanie z polskiego życia gospodarczego rodzimej własności musiało nas uzależniać od sił zewnętrznych. Nawet w przestrzeni medialnej nie zadbano o niezależność w zakresie własności.

Ostatnich kilka wypowiedzi obecnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego doskonale pokazuje, jak dalece nasza polityka zagraniczna wyzbyła się podmiotowości. Nawoływanie Niemców do „przejęcia pełnej odpowiedzialności” za Europę w ustach kierownika polskiej polityki zagranicznej ma się nijak do polskiej tradycji czy do ambicji Narodu, który przez całe wieki odgrywał potężną rolę w Europie Środkowej.

Bezwarunkowa kapitulacja

Ktoś powie: wszak Polska, w przeciwieństwie do niektórych krajów regionu, zachowała niezależność w polityce fiskalnej, bo nie przyjęła waluty euro. Owszem, tylko że stało się to wbrew celom, jakie postawił przed sobą obecny rząd. Wszak Donald Tusk chciał, by euro zagościło na gruncie polskim już w 2012 roku. Nie stało się tak nie za sprawą polskich władz, ale na skutek światowego kryzysu finansowego. Czyli ostatki gospodarczej suwerenności ocalone zostały jakby wbrew celom obecnego rządu.

W całym ostatnim dwudziestoleciu pojawił się moment zachwiania układu niemiecko-amerykańskiego w Europie. Były to czasy prezydentury George’a Busha i wojny irackiej. Kierownictwo polityki polskiej podwiesiło się pod cele amerykańskie, uważając, że przyniesie to Polsce korzyści. Problem polegał na tym, że trzeba tu było zdefiniować własne dążenia i twardo o nie zawalczyć. Niestety, zabrakło tej elementarnej umiejętności. Wynikało to z przekonania rządzących, że my możemy się co najwyżej „zawiesić” na jakimś silnym podmiocie, a nie podejmować twardą grę międzynarodową. I tak udział w wojnie irackiej i nasz sojusz z USA nie przyniósł Polsce żadnych wymiernych korzyści ani w sferze gospodarczej, ani politycznej (za prezydentury Baracka Obamy USA wróciły do celów geostrategicznych zdefiniowanych za prezydentury Billa Clintona).

Polski interes narodowy

Oczywiście sceptycy zadają ogólne pytanie o możliwości niezależnej gry na arenie międzynarodowej przy tak mocno zglobalizowanym świecie. Co Polska może robić, biorąc pod uwagę uwarunkowania międzynarodowe? Cele tu są oczywiste, wynikają z naszej tradycji.

Po pierwsze – obrona polskiej kultury przed napływem druzgocącej neomarksistowskiej ideologii nowej lewicy. W tej materii rządy liberałów są mocno kapitulanckie (przykład: ustawa penalizująca klapsa, parytety płciowe na listach wyborczych, projekt ustawy o związkach partnerskich itp.).

Po drugie – wzmacnianie wszelkich sojuszy środkowoeuropejskich, które osłabiałyby coraz mocniejszy układ niemiecko-rosyjski w regionie. Za czasów rządów koalicji prawicowej PiS – LPR – Samoobrona widać było próby aranżowania pewnych ruchów w tym temacie. Jednakże dzisiaj przykład braku należytego wsparcia przez nasz rząd dla Viktora Orbána dobrze ilustruje polskie zagubienie w tej tak ważnej kwestii.

Gdybyśmy zatem zapytali, co środowiska liberalne (dominujące od lat na polskiej scenie politycznej) osiągnęły lub zaproponowały w sferze polityki zagranicznej, mielibyśmy potężny kłopot. Problem bowiem nie polega nawet na kwestii wykonawczej. Środowiska te bowiem mają problem już na poziomie definiowania celów (wejście do Unii trudno uznać za taki autonomiczny cel). Zewnętrzny obserwator nabiera przekonania, że nad Wisłą próbuje się realizować zewnętrzne wytyczne, nie wnosząc nic oryginalnego (podmiotowego) do polityki europejskiej. Największy zatem problem naszej zagranicznej polityki to uwiąd myśli i woli politycznej.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 16 sierpnia 2013 r.