Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2013-07-17

Wołyń a Ukraina w UE

Spór w Sejmie polskim co do kształtu uchwały dotyczącej mordów na Wołyniu (kwestia nazwania lub nienazwania tych zbrodni mianem „ludobójstwa”) odbił się echem nie tylko w mediach polskich, ale i ukraińskich. Minister Sikorski miał nawet powiedzieć, że „jeżeli Sejm przyjmie uchwałę w radykalniejszej formie, może to utrudnić europejską perspektywę Ukrainy, która ma epokowe znaczenie”. Zachodzi tu dość dramatyczne pytanie: dlaczego nazwanie przez polski Sejm rzeczy po imieniu miałoby „utrudnić europejską perspektywę Ukrainy”?

Ukraina a „bohaterska” legenda OUN-UPA

Musimy pamiętać, że od ponad dwudziestu lat polskiej polityce towarzyszy wręcz granicząca z nerwicą nadwrażliwość co do kwestii mordów na polskiej ludności Kresów Wschodnich. Nerwica ta doprowadziła do milczenia władz polskich w wielu kwestiach, a dalej do niebywałej wręcz eskalacji tworzenia „bohaterskiej” legendy OUN-UPA w zachodniej Ukrainie. W każdym niemal mieście tego regionu znajdziemy ulicę lub pomnik Bandery, dowódcy UPA upamiętniani są w podobny sposób. Ich imionami nazywane są szkoły, place i skwery. Zostają honorowymi obywatelami miast.

Brak mocnego nazwania zbrodni UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w pewnym sensie ośmielił tych, którzy promują legendę ukraińskich nacjonalistów. Powoduje to wręcz szokowe reakcje Polaków, szczególnie środowisk kresowych. Niewyobrażalne zbrodnie, nieopisane okrucieństwa w dwudziestym pierwszym wieku nie tylko nie są przez naszego sąsiada potępione, ale po prostu przemilczane, a organizacja dokonująca zbrodni jest gloryfikowana. Do dzisiaj, nawet gdy się mówi o tragicznych wydarzeniach, o czystkach etnicznych czy mordach, przezornie nie wymienia się, kto je zorganizował.

Wydaje się, że polskie milczenie o Wołyniu przez wiele lat III Rzeczypospolitej ośmieliło środowiska radykalne na Ukrainie do gloryfikacji UPA. Nawet wiele wspólnych, polsko-ukraińskich konferencji dotyczyło badań kwestii liczby ofiar (skądinąd bardzo ważnych). Jednakże fundamentalne pytanie jest jakościowe: czym w istocie była organizacja OUN-UPA? O charakterze tej organizacji świadczą ideologia i cele, jakie sobie stawiała. Nawet pobieżna analiza materiału źródłowego musi skłonić historyka do konstatacji, że organizacja taka kwalifikuje się do określenia jej mianem zbrodniczej. Oczywiście pojedynczy żołnierze mogli nie uczestniczyć w zbrodniach.

Niewątpliwie jednak akty ludobójcze na ludności polskiej były zaplanowane i wynikały z założeń ideologicznych, sformułowanych w dużej mierze jeszcze przed II wojną światową. Zatem takiej organizacji, jej przywódcom w żadnej mierze nie można stawiać pomników. Późniejsza walka UPA z wojskami sowieckimi nie niweluje jej win. Doprawdy zastanawiające jest, że Polacy niejednokrotnie obawiają się, by nie zrazić ukraińskiej strony zbyt głośnym domaganiem się potępienia zbrodni ludobójstwa, a Ukraińcy nie wykazują minimalnej delikatności, stawiając pomniki Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Europa to też cywilizacja

Byłbym zatem skłonny postawić dokładnie odwrotną niż minister Sikorski tezę: nasza niejednoznaczność w ocenie zbrodni na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej może utrudnić europejską perspektywę Ukrainy. Bo perspektywa ta nie redukuje się, jak chcieliby nasi rządzący, do struktur Unii Europejskiej, ale do europejskiej cywilizacji.

Pomijając współczesne zawirowania kulturowe w zachodniej Europie, Polacy powinni być przekonani, że chodzić tu musi o cywilizację łacińską. Łacińskość z kolei implikuje prymat prawdy i moralności w życiu publicznym. To właśnie azjatyckie wpływy turańskie popychały raz za razem Ukrainę do okrucieństwa wyrażającego się humańskimi rzeziami w osiemnastym wieku czy ludobójstwem na Wołyniu w wieku dwudziestym.

Walka o „duszę” Ukrainy jest zatem walką kulturową, cywilizacyjną. To na skutek promieniowania właśnie tej łacińskiej cywilizacji doszło do włączenia w obieg polityczny I Rzeczypospolitej ogromnych rzesz ruskiej szlachty. To właśnie chrześcijańską inspiracją kierowali się ci Rusini, którzy zdecydowali się potępić zbrodnie UPA i z narażeniem życia ratowali swoich polskich sąsiadów.

Zatem bojąc się pełnej (głośnej) prawdy o Wołyniu, niejako zamykamy szansę „europeizacji Ukrainy” (w najgłębszym tego słowa znaczeniu), godząc się na dominację w niej wpływów azjatyckich. Kompletnie nie mogą zrozumieć tego ci Ukraińcy, którzy stoją dziś na pozycjach mocno krytycznych do polityki gloryfikacji UPA. Jeśli Polacy sami z „z nieśmiałością” krytykują UPA, to co oni mają robić?

Opuszczeni przez państwo

Najgorsze jednak jest to, że długie lata względnej „ciszy” nad grobami wołyńskimi doprowadziły do zawirowań w polskim społeczeństwie. Poczucie krzywdy wśród środowisk kresowych (wliczyć do tego należałoby również rodziny ofiar) dotyczyło przede wszystkim małej aktywności w tej sprawie polskiego państwa.

Wszak gdybyśmy podeszli do sprawy konsekwentnie, to nie tylko należałoby się domagać potępienia zbrodni dokonanych przez OUN-UPA, ale i ścigania wojennych zbrodniarzy. Ewentualna zgoda na ich gloryfikację zakrawa na jakiś obłęd. Przecież do dziś jesteśmy przekonani, że winni zbrodni katyńskiej powinni ponieść karę. To samo dotyczy rozlicznych zbrodni niemieckich z czasów II wojny światowej.

Niejednoznaczne stanowisko wobec ludobójstwa dokonanego przez UPA w dużym stopniu czyni nas niewiarygodnymi przed obcymi oraz przed samymi sobą. I jeśli nawet uznamy, że ściganie zbrodniarzy ze względów geopolitycznych może być na razie niemożliwe, to mówienie pełnej (!) prawdy o tych wydarzeniach jest wręcz koniecznością.

W ostatnich dniach wydarzyło się w tej sprawie coś niezwykle ważnego. Mam tutaj na myśli obchody rocznicy zbrodni wołyńskiej w Łucku, w których osobiście uczestniczyłem. Przepiękna Msza św. w obecności wielu biskupów w katedrze łuckiej z pewnością przejdzie do historii, tak jak do tejże historii przejdzie kazanie ks. abp. Mieczysława Mokrzyckiego.

Arcybiskup lwowski jednoznacznie określił zbrodnie wołyńskie mianem „ludobójstwa”. Pokazał też w swoim kazaniu głęboką perspektywę pojednania, która rysuje się na bazie uznania winy, żalu za grzechy i przebaczenia. Wywód księdza arcybiskupa osnuty na ewangelicznej przypowieści o synu marnotrawnym dokładnie pokazuje, kiedy może dojść do prawdziwego pojednania. Przede wszystkim wtedy, gdy grzesznik w pełni uzna swoją winę, wyrazi szczery żal. Zatem wtedy, kiedy stanie w prawdzie wobec Boga, wobec siebie i bliźnich. Taka prawda ma moc wyzwalającą.

Odnosząc się w pewnym sensie do nauki ks. abp. Mokrzyckiego, możemy stwierdzić, że pełna prawda co do faktów i co do ich oceny jest ważna nie tylko dla Polaków, ale przede wszystkim dla Ukraińców, gdyż takie rozliczenie z przeszłością może dopiero umożliwić im budowanie na sprawiedliwości współczesnych stosunków społecznych również we własnym państwie.

Wydaje się, że długo jeszcze w polskiej przestrzeni publicznej będzie się toczyć debata na temat metody procesu pojednania polsko-ukraińskiego. W tle zaś zawsze powracać będą kwestie historyczne. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że ze względów geopolitycznych takie pojednanie i współpraca są Polsce i Ukrainie bardzo potrzebne. W dłuższej perspektywie pojednanie to będzie tym trwalsze, im bardziej będzie oparte na prawdzie.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 17 lipca 2013 r.