Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2012-08-08

Marka może zastąpić euro

Niemcy są gotowe na różne warianty wydarzeń w Unii Europejskiej, z rozpadem strefy euro włącznie. Czy rząd Donalda Tuska jest przygotowany na scenariusz upadku eurolandu?

Pojawiają się coraz mocniejsze spekulacje na gruncie europejskim w kontekście kryzysu wspólnej waluty. Sensację wywołała np. wiadomość, że minister finansów Hiszpanii Luis de Guindos poprosił strefę euro o pomoc finansową dla zagrożonych hiszpańskich banków. Owo zagrożenie łączy się z tzw. toksycznymi kredytami ulokowanymi w branży nieruchomości. Prośba o wsparcie zelektryzowała opinię publiczną, gdyż Hiszpania należy do jednej z najpotężniejszych gospodarek Unii Europejskiej. Jej upadek niewątpliwie spowodowałby efekt domina, czyli ostateczny upadek projektu wspólnej waluty.

Niemieckie „nein”

Zagrożenie to jest na tyle poważne, że skłoniło premiera Włoch Mario Montiego do udzielenia wypowiedzi niemieckiemu tygodnikowi „Der Spiegel” o zagrożeniu strefy euro, które to zagrożenie może doprowadzić do rozsadzenia całej Unii. Jako niepokojący przykład wskazał pojawiające się resentymenty narodowe w poszczególnych państwach, w domyśle – również w Niemczech. Wywiad dla wpływowej niemieckiej gazety jest nieprzypadkowy. Monti wie, że jedynym krajem, który ma nadwyżki, by dofinansować zbankrutowane państwa, są Niemcy. Mało tego, owe niemieckie nadwyżki są bezpośrednio związane z wprowadzeniem w UE wspólnej waluty. Dzięki euro gospodarka niemiecka zachowała swą cenową konkurencyjność. „Zysk” krajów południowych polegał zaś na możliwości nieograniczonego z pozoru zadłużania się. Oczywiście owa „nieograniczoność” musiała w końcu ukazać swą iluzoryczność, niemieckie zaś nadwyżki są faktyczne. Włoski premier zatem wprost nawołuje Niemców do realnej odpowiedzialności za przyszłość Unii. Jej rozpad w pewnością jest niekorzystny dla Berlina, również w sensie ekonomicznym.

Apele Montiego spotkały się jednak z pewną krytyką polityków niemieckich. Wiąże się to niewątpliwie z sytuacją w samych Niemczech. Społeczeństwo niemieckie nie do końca zdaje sobie sprawę z mechanizmu, który zapewnia dziś Niemcom dobrobyt gospodarczy, i wszelkie apele o spłatę greckich, hiszpańskich czy włoskich długów traktuje bardzo nieprzychylnie. Nie ma zrozumienia dla płacenia za czyjeś życie ponad stan. Wprawdzie Angela Merkel na spotkaniu z prezydentem Francji François Hollande’em zapowiedziała konsekwentną obronę strefy euro, jednakże ostatnie sondaże w niemieckim społeczeństwie mówią o rosnącym oporze. Na skutek europejskiego kryzysu aż 51 procent społeczeństwa niemieckiego życzy sobie powrotu do narodowej waluty – marki. Przeciwnego zdania jest tylko 17 procent. Wszystko to z pewnością musi wywierać wpływ na polityków niemieckich, którzy muszą stawiać coraz twardsze warunki krajom pragnącym uzyskać pomoc. To z kolei powoduje wzrost antyniemieckich nastrojów w różnych państwach eurolandu (Grecja jest tego najbardziej wymownym przykładem). Niemcy w zamian za pomoc domagają się jeszcze większej centralizacji władzy w UE i polityki oszczędnościowej poszczególnych państw. Jeszcze do niedawna wydawało się, że postawienie tych warunków będzie łatwe do przeprowadzenia. Jednakże zmiana warty na urzędzie prezydenta we Francji spowodowała, że ten najbliższy sojusznik Niemiec w UE zaczął reprezentować interesy i poglądy zadłużonych krajów Południa. Hollande domaga się „rozruszania” gospodarki Unii poprzez kolejne kredyty, czyli po prostu poprzez dodrukowanie kolejnych miliardów euro. Wszystko to budzi szereg napięć i konfliktów.

Sentyment do marki

Co ciekawe, władze niemieckie z pewnością wariantowo biorą pod uwagę możliwość rozpadu strefy euro. W ich interesie jest oczywiście utrzymanie tego systemu, ale jeśli domino zostanie uruchomione i lawiny nie da się powstrzymać, scenariusz wyjścia jest już gotowy. Jak wiadomo, w Niemczech wprawdzie od 2002 roku oficjalną walutą jest euro, ale marka nigdy nie wyszła do końca z obiegu. Cały czas po starym kursie można ją wymieniać w bankach. Wciąż nie dokonano wymiany ok. 12 miliardów marek niemieckich, które w wielu regionalnych punktach handlowych nadal funkcjonują jako jednostki płatnicze. I tak największa odzieżowa sieciówka C&A zaczęła oferować w swoich pięciuset oddziałach na terenie Niemiec towary również za marki. Taka możliwość istnieje także w wielu drobniejszych punktach handlowych i usługowych. Wszystko to wszakże nie ma jakiegoś kluczowego znaczenia biznesowego, ale na poziomie mentalnym Niemcy cały czas mają kontakt z „legendą” twardej marki. Banki również utrzymywane są w swoistej gotowości do powrotu do narodowej waluty. Jeszcze raz warto podkreślić: rząd niemiecki jest zdeterminowany walczyć o cel maksimum, czyli utrzymanie wspólnej waluty w UE, gdyż to daje Niemcom ogromne zyski w postaci nadwyżek w handlu międzynarodowym. Jednakże nie ulega wątpliwości, że niemiecki system finansowy, gospodarczy i polityczny jest przygotowany na cały wachlarz scenariuszy.

Pytanie do premiera

Bardzo ciekawie jawi się w tej perspektywie polityka polska. Jako totalne kuriozum można określić niedawne plany rządu Donalda Tuska dotyczące wejścia do strefy euro w 2012 roku. Tylko dzięki temu, że ten plan się nie powiódł, nie mamy dziś do czynienia z kryzysem walutowym. Ciągłe deklaracje polskich władz o bezwzględnym związaniu naszej przyszłości ze strefą euro i z niemieckimi pomysłami na rozwiązanie kryzysu finansowego są nie tylko coraz bardziej upokarzające, ale i coraz bardziej groteskowe. Ciekawe, jak nasze władze odpowiedziałyby na pytanie, jaki widzą scenariusz dla Polski w sytuacji rozpadu strefy euro, a może i rozpadu całej UE. Jeśli takiej perspektywy w ogóle nie rozważają, mimo że czynią to znaczący politycy europejscy, to znaczy, że polska polityka zagraniczna, poza chwytami pijarowskimi, po prostu realnie nie istnieje.

Aż się prosi zapytać włodarzy w Warszawie, czy w sytuacji ewentualnego rozpadu strefy euro dalej będziemy chcieli wejść w obszar wspólnej waluty z Niemcami. Dodajmy, że tą walutą może być nie żadne euro, ale po prostu niemiecka marka.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 8 sierpnia 2012 roku.