Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2012-05-31

Potęga USA i rola Polonii w świecie

Niedawna wizyta w Stanach Zjednoczonych skłoniła mnie do kilku refleksji na temat tego kraju i jego roli w świecie. Kto bowiem chce zrozumieć istotę imperialnej potęgi USA, ten powinien udać się do Nowego Jorku. Gigantyczne centrum gospodarcze i finansowe symbolizowane przez Wall Street to niewątpliwie miejsce, gdzie rozstrzygają się gospodarcze losy świata. Decydenci tego centrum nieprzypadkowo budują potężne drapacze chmur. Wszystko to bowiem ma robić na przybyszach wrażenie nieosiągalnej potęgi, ma przytłaczać niemalże tak, jak wielkie rządowe budynki w dawnych centrach wielkich imperiów światowych. Inne, mniejsze ośrodki finansowe próbują odwzorowywać na mniejszą skalę ten model, który w pewnej mierze dotarł również do Warszawy. Oczywiście rodzi się zaraz pytanie, co spina od strony kulturowej naród, którego państwo doszło do takiej potęgi. Szukanie jakiejś głębi w wielokulturowym społeczeństwie amerykańskim napotyka duże trudności. Oczywiście wszechobecnym atrybutem amerykańskości jest flaga, obecna w ogromnej liczbie na budynkach prywatnych, rządowych, finansowych..., a nawet na cmentarzach. Wszystko to ma wzbudzać dumę w Amerykanach wpatrzonych w potęgę własnego państwa i własnej gospodarki. To właśnie w takim duchu wychowuje się młodzież w szkołach. Częste organizowanie ceremonii związanych z przysięgą na flagę, śpiewanie amerykańskiego hymnu i wreszcie wpajanie młodym, że Ameryka jest najpotężniejszym krajem na świecie – mają kształtować postawy patriotyczne przyszłych obywateli. Poziom nauczania historii i geografii stoi zaś na bardzo niskim poziomie. Przeciętny uczeń ma co najwyżej mgliste pojęcie o początkach Stanów Zjednoczonych, dość szeroką wiedzę na temat holokaustu i zasadniczo niewiele więcej z zakresu ogólnej wiedzy o świecie.

Religia w USA

Typowy Amerykanin jest również człowiekiem religijnym (oczywiście musimy brać tutaj pod uwagę mozaikę religijną, jaka cechuje tamto społeczeństwo). Nie chcę przez to powiedzieć, że nie dotknął ich typowy dla świata zachodniego kryzys religijności. Widać to także w Kościele katolickim, gdzie w wielu parafiach zrezygnowano prawie (na wzór europejski) ze spowiedzi usznej na rzecz spowiedzi powszechnej. Wizytując jeden z ośrodków terapii zajęciowej dla dzieci prowadzony przez siostry zakonne, z uporem szukałem znaku krzyża na ścianie. Na pytanie, czy tej pracy sióstr towarzyszy jakieś wychowanie religijne, otrzymałem odpowiedź, że ośrodek ten zajmuje się jedynie pracą charytatywną. Sprowadzenie posługi osób konsekrowanych do wymiaru pracy charytatywnej jest typowym objawem kryzysu Kościoła zachodnioeuropejskiego. Mimo wszystko jednak Amerykanie są o wiele bardziej religijni niż Europejczycy, w dużej liczbie uczestniczą w nabożeństwach, w życiu publicznym odwołanie do Boga uchodzi za rzecz zupełnie naturalną. W sferze moralnej przekłada się to na sprzeciw Kościołów chrześcijańskich przeciwko pomysłom Baracka Obamy co do akceptacji formalnoprawnej tzw. małżeństw homoseksualnych.

Podsumowując, można stwierdzić, że tożsamość kulturowa Ameryki jest dość płytka, choć w sensie propagandowym bardzo głośna i rozległa. Zasadniczo Amerykanin powinien posługiwać się językiem angielskim i czuć dumę z potęgi własnego państwa. Na takim gruncie kulturowym nowi przybysze (emigranci) z reguły do końca życia nie ulegają asymilacji. Mnóstwo różnych mniejszości żyje jakby obok siebie, mniej razem ze sobą. Asymilacji zaś ulegają dzieci emigrantów, poddane oddziaływaniu poprzez system szkolny, media itp.

Polskie korzenie

Niezwykle ciekawie na tym tle rysuje się sytuacja Polonii amerykańskiej. Dzięki wizycie w mieście Erie dane mi było przyglądać się nie tyle nowym emigrantom, co potomkom ludności polskiej, która napłynęła do tego niegdyś bardzo uprzemysłowionego miasta na przełomie XIX i XX wieku. W Erie około jednej trzeciej mieszkańców stanowili przybysze z ziem polskich. Owocem tego są cztery kościoły polskie, pięć polskich klubów, w tym największy Klub Sokoła, stanowiący dziedzictwo Towarzystwa Gimnastycznego SOKÓŁ, tak bardzo rozpowszechnionego niegdyś na ziemiach polskich. Patriotyzm tych ludzi został udowodniony pod koniec pierwszej wojny światowej. W okolicach Erie uformowały się ochotnicze oddziały Błękitnej Armii gen. Hallera w liczbie około dwudziestu tysięcy młodych ludzi. Bardzo ciekawym dzisiaj zjawiskiem jest mnóstwo polsko brzmiących nazwisk, a także wystrój największego polskiego kościoła, gdzie w kruchcie znajdujemy Matkę Bożą Częstochowską, znak Orła i Pogoni oraz napis „Boże, zbaw Polskę”. Msza św. jest odprawiana w języku angielskim, oczywiście przez księdza o polskich korzeniach. Naprawdę można być bardzo zaskoczonym, gdy ni stąd, ni zowąd po różnych angielskojęzycznych modlitwach intonowana jest pieśń „Serdeczna Matko”. Być może parafianie nie rozumieją słów pieśni, ale szanując tradycje swoich pradziadów, śpiewają ją regularnie. Współcześni potomkowie dawnych robotników polskich nie znają z reguły języka polskiego. Nie wiedzą również dokładnie, z której części Polski przybyli ich przodkowie. Przywiązani są zaś do polskiej symboliki (polska flaga, godło, polska parafia, klub, dziecięcy zespół tańca ludowego itp.). Owo przywiązanie przekłada się też na miejscowe życie polityczne, wszak w siedmioosobowej radzie miejskiej dwa mandaty sprawują Polacy z pochodzenia, dla których przyznawanie się do polskości stanowi olbrzymi kapitał w czasie wyborów.

Planowana polityka narodowa

Oczywiście ktoś powie, że na takiej dość rozmytej tożsamości polskiej nie da się dziś budować jakiejś więzi z Macierzą, więzi, która mogłaby się również przełożyć na życie polityczne. Naturalnie nie uda się dziś z Polaków uważających się również za Amerykanów sformować oddziałów podobnych do hallerczyków. Nie ulega jednak wątpliwości, że przy mądrej polityce polskiego rządu dałoby się zmobilizować i taką mniejszość do wpływania na bieg spraw w Ameryce. Przypomnijmy, prezydent Wilson pod koniec I wojny zdecydował się ogłosić niepodległość Polski z dostępem do morza jako cel wojny ze względu na silny nacisk ówczesnej Polonii. Czy dzisiaj jest to niemożliwe? Wielu zastanawia się, skąd bierze się siła wpływu mniejszości żydowskiej w USA, a skąd słabość Polonii. Odpowiedź jest prosta: mniejszość żydowska jest doskonale zorganizowana, kulturowo i politycznie. Zatem olbrzymim zadaniem powinno być historyczne zbadanie dziejów Polonii, gdyż jej przeszłość stanowi nierozerwalną część polskiego dziedzictwa kulturowego. Takie badania (prowadzone również w środowiskach prowincjonalnych) z pewnością pozwoliłyby na lepsze dookreślenie własnej tożsamości przez zamerykanizowanych Polaków. Polityka zaś polska nie powinna Polonii dezintegrować, jak to miało miejsce w czasach sowieckich, lecz ją scalać. Oczywiście czego innego można oczekiwać od Polaków ledwie pamiętających swoich przodków, czego innego od nowej Polonii z czasów „Solidarności”. Tak czy inaczej taka planowa polityka narodowa mogłaby być niezwykle wartościowa dla milionów Polaków rozproszonych po całej Ameryce i innych państwach świata. Ponadto mogłaby ona dawać nieocenioną siłę państwu polskiemu. Nawet imperialne Stany Zjednoczone musiałyby się liczyć z polskim interesem na arenie międzynarodowej. Silna, scementowana kulturowo i organizacyjnie Polonia mogłaby się bronić przed niesprawiedliwymi atakami zarówno historycznymi (przykład tzw. polskich obozów koncentracyjnych), jak i współczesnymi. Każdy kandydat na prezydenta musiałby zabiegać o polskie głosy, żadna instytucja finansowa nie mogłaby się nie liczyć ze zdaniem Polski. Czy to możliwe? Wystarczy spojrzeć na stosunek USA do państwa Izrael.

Widzimy zatem, że polska polityka zagraniczna, tak nieskuteczna na arenie międzynarodowej, nie stawia przed sobą tych zadań, które jest w stanie realizować. Jeśli nie jesteśmy w stanie (przynajmniej na razie) odgrywać większej roli na światowej szachownicy geopolitycznej, jeśli ciągle jesteśmy ogrywani przez wielkich graczy, to nikt nam nie zabroni realizować oddolnej pracy organicznej. Wykonanie takiej pracy jest zaś warunkiem niezbędnym do odrodzenia znaczenia Polski w świecie. Wszystko jest jednak uzależnione od odbudowania podstaw narodowej polityki polskiej, mniej zainteresowanej dalekimi wojnami USA na Bliskim Wschodzie, bardziej losem Polaków w Nowym Jorku czy w Chicago. Mniej nakierowanej na kreowanie sztucznej nieraz wielokulturowości na gruncie polskim (przykład: wspieranie utopijnej idei mniejszości śląskiej), bardziej na scalanie Polaków z całego świata wokół kultury polskiej. Mniej polityki angażowanej w ideologiczne projekty budowy superpaństwa europejskiego, bardziej nastawionej na realizację celów narodowych. Jeśli doczekamy się takiej polityki na gruncie polskim, możliwe wtedy będzie zbudowanie wielkiej siły Polski w świecie, która to siła pozwoli nam nie obawiać się ciągle o podstawy polskiej niepodległości.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 31 maja 2012 roku.