Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realny świat
prof. Mieczysław Ryba 2011-05-31

Nowe otwarcie czy przedwyborczy PR?

Zdaniem obserwatorów amerykańskiej sceny politycznej, wizyta Baracka Obamy w Europie to rodzaj koła ratunkowego dla prezydenta USA, który na skutek kryzysu finansowego w błyskawicznym tempie traci poparcie społeczne. Płomienne przemówienie do Irlandczyków miało pokazać jego związki z tym krajem i przysporzyć głosów emigrantów irlandzkich w USA. Jeszcze cieplejsza była jego wizyta w Wielkiej Brytanii. Pobyt w Polsce łączył się w pewnym sensie z odniesieniem do wielomilionowej rzeszy Polonii amerykańskiej.

Nie ulega wątpliwości, że Obama robi wszystko, aby ustawić się dobrze od strony wizerunkowej na przyszłoroczne wybory. Wzmagająca się potęga konserwatywnych Republikanów w Stanach Zjednoczonych zmusiła go do realizowania polityki silnej ręki, typowej dla obozu Republikanów. Antywojenny ton sprzed kilku lat ustąpił retoryce zbliżonej do wojennych manifestów George'a W. Busha. Nie inaczej wszak należy odczytywać decyzję o zabiciu Osamy bin Ladena czy decyzję militarnej interwencji w Libii. Obama chce tutaj prezentować się jako w pewnym sensie kontynuator mocnej polityki Busha. Nie widać dziś haseł o szybkim wyjściu wojsk amerykańskich z Iraku czy z Afganistanu.

Prawie jak Bush

Pierwotnie, tuż po elekcji Barack Obama był postrzegany w USA jako ten, który zaplanował dokonanie kolejnego etapu rewolucji kulturowej w Ameryce, zbliżonej do tej, jaka miała miejsce w wielu krajach zachodniej Europy. Na razie nie widać, aby to się w pełni udało, chociaż w USA można dostrzec pogłębiającą się przepaść między liberalną lewicą a konserwatywną częścią społeczeństwa. Obecny prezydent wojnę kulturową mocno zaostrzył. Kwestie związane z walką o ochronę życia są tego najbardziej namacalnym przykładem. Jednakże Obama, straciwszy większość w Kongresie, wie, że nie będzie w stanie w najbliższym czasie przeforsować najbardziej radykalnych, społecznych pomysłów. Co więcej, jeśli chce reelekcji, musi upodobnić się choć trochę do potencjalnego kandydata Republikanów – wszak przesunięcie opinii społecznej w kierunku konserwatyzmu jest bardzo widoczne. Po ostatnich „wojennych” decyzjach Białego Domu trudno będzie przeciwnikom atakować Obamę za słabość w polityce zagranicznej, skoro np. zlikwidował bin Ladena.

Jednak to upodabnianie się do Republikanów w polityce bliskowschodniej czy w kwestii libijskiej, choć mile widziane w różnych kręgach USA, wywołuje pewne niezadowolenie w Europie. Bezkrytyczny aplauz z czasów, gdy Barackowi Obamie przyznawano Pokojową Nagrodę Nobla, jakby minął. Widać to wyraźnie po decyzji rządu niemieckiego w kwestii uchwały Rady Bezpieczeństwa ONZ co do interwencji w Libii. Niemcy wstrzymały się od głosu w tej sprawie, co w Waszyngtonie zostało odebrane boleśnie. Wszak to Niemcy miały w optyce ekipy Obamy być fundamentem amerykańskiej obecności w Europie. Zatem Obama symbolicznie odsunął Berlin, omijając stolicę Niemiec w najnowszej podróży po Europie. Kluczowe znaczenie odgrywać zaczęli Brytyjczycy i brytyjski punkt widzenia z pewnością jest brany pod uwagę w amerykańskiej polityce na Starym Kontynencie. Także wizyta w Warszawie niesie pewną symbolikę. W Berlinie odebrano ten afront ze strony prezydenta USA dość boleśnie. Nieprzypadkowo chyba „Der Spiegel” na siłę doszukiwał się „sztuczności” w środkowoeuropejskich rozmowach Obamy, podkreślając uchybienia kurtuazyjne. A to dostrzeżono brak żony prezydenta w Warszawie, a to podkreślano „brak czasu” Lecha Wałęsy dla Baracka Obamy. Skądinąd decyzja Wałęsy o niespotykaniu się z Obamą może być z jednej strony wynikiem typowej dla niego ekstrawagancji w sprawach politycznych lub wyrazem celowo zadeklarowanej dezaprobaty wyrażanej przez tzw. opcję unijną w polityce polskiej i europejskiej. Barack Obama nawiązujący choćby symbolicznie do polityki zagranicznej Busha może być bardzo niemile widziany przez te kręgi.

Gra o Europę Środkową

Europa Środkowa opisana w wymiarze teoretycznym przez Zbigniewa Brzezińskiego, a w wymiarze praktycznym zdefiniowana przez Billa Clintona jako strefa wpływów niemieckich, była tak traktowana przez ekipę Obamy. Ostentacyjna rezygnacja z budowy tarczy antyrakietowej (ogłoszona w dniu symbolicznej rocznicy dla Europy Środkowej – 17 września 2009 r.) odczytana została jako zgoda Ameryki na układ niemiecko-rosyjski w tej części Eurazji. Tymczasem kluczowym projektem alternatywnym dla podziału środkowej Europy na niemiecką i rosyjską strefę wpływów była próba zjednoczenia krajów środkowoeuropejskich w celu obrony ich niezależności przy wsparciu Ameryki. USA skłócone za czasów prezydenta Busha z Berlinem aranżowały w naszej części kontynentu różne akcje polityczne. Jedną z nich był pomysł wprowadzenia Ukrainy do NATO, innym – budowa tarczy antyrakietowej w Polsce i w Czechach. Zwycięstwo Obamy doprowadziło do likwidacji pomysłu tarczy, a pozostawiona samej sobie Ukraina została skazana niejako na opcję prorosyjską.

Czy zatem wizyta amerykańskiego przywódcy w Warszawie może oznaczać powrót USA do aranżowania w Europie Środkowej siły politycznej? Pozornie tak, zwłaszcza że w Warszawie mieliśmy do czynienia ze spotkaniem prezydentów krajów środkowoeuropejskich. Sygnał może być ważny – Polska przy wsparciu USA kreuje współpracę środkowoeuropejską. Jednakże zaproszenie na spotkanie przedstawiciela „niepodległego państwa” Kosowa, dodajmy – powstałego przy ogromnym skandalu międzynarodowym, wygenerowało duży konflikt. Serbia, Słowacja, Rumunia złożyły protest. I tak zamiast jednoczyć centralną Europę, wprowadzamy niepotrzebne napięcia. Nasuwa się tylko pytanie, czy pomysł na Kosowo wyszedł z polskich sfer rządowych, czy zażyczyli sobie obecności władz tego kraju goście z Ameryki?

Zorganizowano też spotkanie prezydentów Obamy, Komorowskiego i Janukowycza. Można by z tego czytać, że Ukraina znowuż brana jest pod uwagę jako element zachodniego porządku. Z drugiej jednak strony może to być cały czas przedwyborcza gra prezydenta USA bez głębszego podtekstu merytorycznego. Być może to doraźna próba „postraszenia” Niemiec, że w razie dalszej „nielojalności” Amerykanie mogą uruchomić ruchy odśrodkowe w Europie Centralnej. Oczywiście niewykluczone, że to również zapowiedź bardziej perspektywicznej polityki. Jak rzeczywiście jest, przekonać się będzie można po konkretnych owocach szczególnie w kwestiach militarnych i biznesowych. Co do militariów pojawiła się zapowiedź przynajmniej minimalnego zaangażowania wojsk USA w Polsce (obecność amerykańskich F-16). Ma to znaczenie w tym względzie, że decyzja taka narusza w śladowym stopniu zasadę tzw. kondominium w Europie Środkowej. Jeszcze ważniejsze są kwestie gospodarcze. Chodzi tu przede wszystkim o słynny gaz łupkowy. Zaangażowanie amerykańskich potentatów w jego poszukiwania musi mieć znaczenie dla władz USA. Wiadomo, że projektom tym mocno będą się sprzeciwiać Rosjanie, a także ich sojusznicy w Europie. Polska poddana w sensie prawnym jurysdykcji Unii Europejskiej mogłaby z powodów „ekologicznych” być zblokowana w wydobywaniu tego surowca. Aby tak się nie stało, potrzebny jest parasol polityczny jakiejś większej siły globalnej. Wydaje się, że Waszyngton jest w stanie taką ochronę zapewnić, wymuszając lub blokując pewne rozwiązania w Europie. Podczas gdy we Francji próbuje się zakazywać wydobywania gazu łupkowego, premier Wielkiej Brytanii John Cameron zadeklarował, że nie ma przeszkód, aby w UE takie wydobycie było prowadzone. Ma to duże znaczenie, gdyż Londyn ma na tyle silną pozycję, że może uniemożliwić wprowadzenie niekorzystnych rozwiązań płynących z Brukseli.

Oczywiście i w tym obszarze możemy znaleźć słabe punkty. Polsce powinno chodzić nie tylko o to, aby zdywersyfikować dostawy gazu (nie być uzależnionym jedynie od źródła rosyjskiego), ale również o to, by na polskim gazie dużo zarabiać. Co więcej, Polska, eksportując ten gaz, mogłaby dać szansę uniezależnienia innym krajom środkowoeuropejskim. I tu pytanie, czy władze polskie będą w stanie twardo walczyć o narodowy interes także w relacjach z wielkimi koncernami z Ameryki? Można mieć potężne obawy, patrząc chociażby na ekonomiczne uwarunkowania polskiego zaangażowania w wojnę iracką czy na fatalnie poprowadzoną kwestię offsetu za zakup samolotów F-16.

Te rozliczne rozważania pokazujące paletę szans dla Polski mogą być zatem zupełnie nieistotne, jeśli główną motywacją Baracka Obamy jest jedynie dobry PR przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi, a dla władz polskich przed wyborami jesiennymi do parlamentu. Żałosna polityka „propagandy sukcesu” czy – jak kto woli – „poklepywania po plecach” zbiera już od kilku lat bolesne żniwo w polskiej polityce zagranicznej. Tak więc zapowiadane na jesień polsko-amerykańskie forum gospodarcze może mieć realne cele, może też być jedynie tubą propagandową dla rządu PO tuż przed wyborami parlamentarnymi. Podobnie może przedstawiać się tzw. sprawa zniesienia wiz, a nawet współpracy wojskowej. Bardzo ważne jest zatem, aby polska opinia publiczna umiała odróżnić ziarno od propagandowych plew i aby była w stanie skutecznie recenzować, co realnego dzieje się w naszym otoczeniu międzynarodowym.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 31 maja 2011 roku.