Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
Mirosław Król 2014-02-27

Samorząd: poprawiać czy „reformować”?

Jesienią odbędą się wybory samorządowe, ale już dziś słychać wrzawę, która ma rzekomo przynieść uzdrowienie polskiej administracji. Powrót do 49 województw, likwidacja powiatów to najświeższe pomysły, ale z czasem będą pojawiać się także inne.

Jakiej administracji potrzeba Polakom?

Biurokracja centralna

Zgodnie ze znanym porzekadłem „ryba psuje się od głowy” należałoby najpierw przyjrzeć się instytucjom centralnym. Często bowiem stamtąd wypływają pomysły reformy niższych szczebli administracji.

Odnieść można wrażenie, iż reformowanie jest swoistą „koniecznością dziejową”, której poświęcają się coraz to nowe tabuny urzędników, jakby głuchych na wołanie: „Medice cura te ipsum – lekarzu, ulecz najpierw siebie”. Ileż to trzeba naprodukować w jednostkach samorządu terytorialnego: sprawozdań, statystyk, analiz, planów, programów itp., którymi następnie karmią się instytucje centralne, przeżuwając je na różne sposoby. To prawda – ktoś powie, ale przecież chodzi o to, żeby administracja była sprawniejsza i skuteczniejsza. Mimo jednak dużej liczby produkowanych sprawozdań i statystyk administracja nie jest ani sprawniejsza, ani skuteczniejsza.

Nie jest ani dobre, ani potrzebne antagonizowanie administracji państwowej i samorządowej. Obie przecież powinny mieć jeden cel – służbę obywatelom, realizację ich dobra. Obie powinny się uzupełniać; jedna zapewniając bezpieczeństwo zewnętrzne, druga powinna być najbliżej obywatela, odpowiadając na problemy dnia codziennego. Instytucje centralne od momentu powstania samorządu szukają sposobów ograniczania jego kompetencji. Dlaczego? Bo od chwili odtworzenia i powołania w Polsce samorządu nie nastąpiła reforma instytucji centralnych. A przecież wydaje się czymś oczywistym, że skoro następuje przekazanie kompetencji „na dół”, do samorządów, to poważnemu odchudzeniu powinny ulec instytucje centralne. Jednak nic takiego nie nastąpiło.

Przed laty dość popularny był pomysł zamiany Senatu w izbę reprezentującą interesy samorządów. Senat mieliby tworzyć samorządowcy różnych szczebli i konstruować oraz zmieniać prawo pod kątem interesu społeczności lokalnych. Dziś znaczenie Senatu jest znikome. W dużej mierze powiela on zadania Sejmu, a ma poprawiać prawo tworzone w izbie poselskiej. Tymczasem jakość tworzonego w Polsce prawa mówi sama za siebie. Senat w takim kształcie jak obecnie nie ma racji bytu.

Administracyjne dublety

Kuriozum w skali światowej są administracyjne dublety w Polsce. Są nimi zarówno urzędy wojewódzkie i marszałkowskie, jak i powiaty ziemskie utworzone wokół miast na prawach powiatu. Kiedy przyglądamy się zadaniom wykonywanym przez urzędy wojewódzkie i samorządowe urzędy marszałkowskie, to zadania te są w dużej mierze powielane, a tam, gdzie nie są powielane, mogłyby być z powodzeniem realizowane przez jeden z tych urzędów i nie musielibyśmy wcale rozbudowywać jego administracji. W naszej tradycji urząd wojewody był zawsze związany z województwem, zaś urząd marszałka z administracją centralną. Jednak to wojewoda reprezentuje rząd na terenie województwa, zaś marszałek kieruje samorządem województwa. To symboliczny przykład panującej degrengolady nie tylko w nomenklaturze, ale przede wszystkim w sferze instytucjonalnej.

Żyjący w I wieku przed Chrystusem Gajus Sallustius Crispus zauważył, iż „państwo dobrze poczęte trwa mocą swego poczęcia”. Można więc formułować zastrzeżenia co do formy „poczęcia” administracji publicznej w roku 1998 r., kiedy to powstał szczebel wojewódzki i powiatowy. Ścierały się wówczas dwie zasadnicze koncepcje. Pierwsza to kilka dużych regionów (województw) – maksymalnie 10, ale z siecią powiatów w liczbie ok. 300. Druga koncepcja to 25 województw, ale bez powiatów. Nie zrealizowano ani pierwszej, ani drugiej ze wspomnianych koncepcji. Zarzucono je na rzecz „dziwoląga”, który powstał nie jako przejaw głębszej myśli, ale jako kompromis między różnymi grupami nacisku, chcącymi mieć za wszelką cenę własne województwo lub własny powiat. Jeśli koncepcja administracji publicznej w państwie nie wypływa z pogłębionej refleksji o tym państwie, to zawsze będzie przejawem radosnej twórczości różnej maści wizjonerów.

Przedwyborczy populizm

Podobny charakter mają wypowiedzi współczesnych wizjonerów. Leszek Miller postuluje powrót do 49 województw. Uzasadnia ten pomysł odwróceniem złych trendów, które wystąpiły w miastach tracących status miast wojewódzkich, tj. bezrobociem czy zapaścią cywilizacyjną. Pomysł należałoby uzupełnić przywróceniem pegeerów, bo w wyniku ich likwidacji wielu ludzi utraciło pracę, a być może i przywróceniem Służby Bezpieczeństwa, zwłaszcza dla negatywnie zweryfikowanych. Jeżeli 49 województw miałoby poprawić sytuację na rynku pracy i powstrzymać zapaść cywilizacyjną, to słusznie zapytuje Stanisław Michalkiewicz: dlaczego 49, a nie 490 województw?! Zresztą dlaczego na 490 województwach miałaby skończyć się nasza fantazja? Podział na 49 województw był podziałem absurdalnym, bo nie przemawiały za nim względy merytoryczne, ale chęć zapewnienia odpowiedniej liczby posad dla towarzyszy sekretarzy komitetów wojewódzkich i tym podobnych agend. Stąd obecny postulat powrotu do 49 województw byłby powrotem w świat absurdu.

Również Twój Ruch zwietrzył dla siebie szansę i postuluje likwidację powiatów. Z nie tak znowu odległej historii pamiętamy tworzoną przez lidera Ruchu Komisję „Przyjazne Państwo”. Miała ona za zadanie uprościć procedury administracyjne dla przedsiębiorców. W praktyce procedury te rozszerzono i skomplikowano.

Jest sprawą oczywistą, iż powiaty w takim kształcie, w jakim dziś istnieją w Polsce, nie mają racji bytu. Po pierwsze: odbiegają znacznie od standardów europejskich. Najmniejsze w Europie Zachodniej powiaty (nomoi) posiada Grecja. Są one dwukrotnie większe od powiatów polskich. Największe powiaty (counties) posiada w Europie Wielka Brytania. Są one prawie dziewięciokrotnie większe od polskich. Powiaty ziemskie są niesamodzielne finansowo. Posiadają 10-30 proc. środków stanowiących dochody własne, reszta to subwencje i dotacje państwowe, co przesądza o fikcji samorządności powiatowej. Na dodatek obarczone są bardzo trudnymi zadaniami, jak utrzymywanie: szpitali powiatowych, domów pomocy społecznej, szkolnictwa zawodowego czy sieci dróg ponadgminnych.

Jednakże postulat likwidacji powiatów niesie w sobie jeszcze jedno istotne zagrożenie: zepchnięcie zadań wykonywanych dziś przez powiat na szczebel gminny. Jak wskazują wieloletnie doświadczenia samorządów, takie spychanie zadań nie powoduje zabezpieczenia odpowiednich środków na ich realizację. Dlatego likwidacja szczebla powiatowego i przekazanie zadań na szczebel gminny mogłaby niektóre gminy doprowadzić do zadłużenia lub upadku. A silny samorząd gminny jest podstawą polskiej samorządności.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 27 lutego 2014 r.