Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
prof. Mieczysław Ryba 2013-08-09

Odcinanie katolików od mediów

Wielu zastanawia się, dlaczego Radio Maryja przetrwało przez ponad dwadzieścia lat, ciągle poszerzając swoje oddziaływanie na Naród Polski – i to nie tylko w kraju, ale i na emigracji. W tym czasie powstawały kolejne dzieła, takie jak „Nasz Dziennik”, Telewizja Trwam, Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej, kilka fundacji itp.

Trudno dziś nawet opisywać wszystkie kampanie i nagonki antyradiowe organizowane przez środowiska lewicowe. Było ich wiele i wszystkie, jak dotąd, okazywały się nieskuteczne. Starano się przy tym dzielić Kościół, używając dość przewrotnego nazewnictwa: Kościół „otwarty” i „zamknięty” (oczywiście zamknięty miało reprezentować Radio Maryja), soborowy i przedsoborowy (przedsoborowy to naturalnie „Kościół toruński”) itp. Po latach jasno widać, że chodziło o wykorzystanie naiwności niektórych, aby zaaranżowany wewnętrzny konflikt (zasada „dziel i rządź”) doprowadził do upadku rozgłośni katolickiej, mającej potężne oddziaływanie na Naród.

Nowa lewica zdemaskowana

Na czym zatem miałaby się zasadzać ta „zamkniętość” i „przedsoborowość” środowiska radiowego? Ano na tym przede wszystkim, że Radio wprost definiowało zagrożenia. W sytuacji, gdy niektórych katolików urzekły hasła powszechnego dialogu (zawołanie mające zastąpić potrzebę powszechnego nawrócenia), uznali oni, iż na drodze do dialogu i porozumienia ze środowiskami liberalnymi stoi „nienowoczesne”, bo „narodowe” Radio Maryja.

Po latach namacalnie widać, jak błędne to były analizy. Kręgom postkomunistyczno-liberalnym nie chodziło o dialog z Kościołem, ale o jego osłabienie. Diagnoza była prosta: jeśli katolików odetnie się od mediów, to ci nie wytrzymają konfrontacji kulturowej.

Tymczasem skuteczność Radia Maryja polega nie na tym, że w sposób niedookreślony opisywało polską rzeczywistość (patologie tzw. transformacji), ale że mówiło wprost, czym jest ideologia nowej lewicy (feminizm, gender, homoseksualizm itp.). Wszystko to w dużym stopniu obnażyło metody działania przeciwnika, który na zachodzie Europy zrewolucjonizował większość społeczeństw. Niestety, lewackim wpływom uległo na Zachodzie wielu katolików, w tym niektóre osoby duchowne. Zatem jeśli nawet osiągali katolicy jakiś dostęp do mediów, często zajmowali się jedynie kwestiami charytatywnymi lub odmienianym przez wszystkie przypadki dialogiem. Rzadko miał miejsce normalny wykład katechizmu i przy okazji pokazywanie zła w otaczającej nas rzeczywistości. Ukazywanie zagrożeń nie do tego ma prowadzić, aby się bać lub ekscytować, ale żeby uchronić „maluczkich” przed zepsuciem i tym bardziej zobaczyć wielkość Dobra.

Po co nam media

Do dziś wielu zastanawia się, dlaczego chrześcijaństwo tak szybko zniknęło z pejzażu życia społecznego w zachodniej Europie, podczas gdy w bliźniaczych kulturowo Stanach Zjednoczonych ma silne oddziaływanie na życie Amerykanów? W jakimś stopniu odpowiedź ta jest chyba zawarta w kształcie rynku medialnego na obu kontynentach. Kościół na zachodzie Europy jest, zdaje się, tylko minimalnie obecny na tym rynku, a więc ma też minimalną siłę medialnego oddziaływania. W USA wystarczy włączyć telewizor nawet w zwykłym hotelu, by z łatwością znaleźć kanał religijny i móc obejrzeć katechezę, religijny film czy posłuchać dobrej muzyki. Dotyczy to oczywiście nie tylko katolików, ale i protestantów. Wszystko to pozwala chrześcijanom o wiele lepiej się organizować. To nie przypadek, że manifestacje pro-life w USA są organizowane na znacznie większą skalę niż w Europie.

To wszystko możemy szybko odnieść do sytuacji w Polsce. Otóż wielkie marsze w obronie życia w latach dziewięćdziesiątych XX wieku były organizowane głównie dzięki Radiu Maryja. Ostatnie manifestacje w obronie Telewizji Trwam skupiły bodaj najwięcej osób od czasów upadku komunizmu. O czym to świadczy? Ano o tym, że o media katolickie należy dbać, by nie stać się bezbronnym i by Ewangelia mogła być głoszona bez przeszkód. Żyjemy w społeczeństwie medialnym, zatem bez dostępu do środków komunikacji niezwykle trudno jest być słyszanym w świecie. Bardzo trudno jest też bronić swojego dobrego imienia w momencie niesprawiedliwego ataku. Najlepiej widać to na przykładzie ostatnich ataków na ks. abp. Henryka Hosera, którego w pewnym momencie media liberalne oskarżały niemalże o wszystkie zbrodnie w wymiarze globalnym (nawet o odpowiedzialność za ludobójstwo w Afryce). Oczywiście ksiądz arcybiskup nie podobał się kręgom lewicowym nie ze względu na jego stosunek do Hutu i Tutsi, ale za jednoznaczne stanowisko wobec in vitro i ideologii gender. Gdyby nie było mediów katolickich, obrona dobrego imienia warszawskiego pasterza byłaby wręcz niemożliwa.

Miliony bez głosu

Błędem byłoby redukowanie roli mediów katolickich tylko i wyłącznie do wymiaru ściśle religijnego. Media mają również ogromny wpływ na kulturę: na wyobrażenia moralne ludzi, poczucie piękna, rozumienie świata. Tylko na skutek silnego oddziaływania medialnego możliwa była zmiana kulturowa w wielu krajach zachodnich, i to w jednym pokoleniu. Wielkie tradycje chrześcijańskie narodów znikały z przestrzeni życia w ciągu kilkunastu, kilkudziesięciu lat. Nie inaczej można nazwać ten proces, jak tylko rewolucją kulturową, której skutki odczuwa cała Europa.

Wystarczy dokonać prostej diagnozy, w jaki sposób zmienił się model życia rodzinnego przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Można tu wręcz mówić o katastrofie w tym względzie. Twierdzenie, jakoby był to proces naturalny (bogacenie się społeczeństw), niezwiązany z wpływem mediów, jest tyleż odważne, co i niemądre.

Zatem zmagania o dostęp katolików do mediów (w szczególności do radia i telewizji) w istocie rzeczy są preludium nie tyle walki politycznej, co wojny kulturowej. Tylko mobilizowanie milionów katolików, a także grupy zaangażowanych parlamentarzystów, a więc stworzenie wielkiego społecznego nacisku zmusiło rządzących do wstępnej decyzji o przyznaniu koncesji Telewizji Trwam.

Na tym tle zaangażowanie poseł Barbary Bubuli jest bardzo pozytywnym przykładem, jak ważna może być posługa parlamentarzystów działających w słusznej sprawie. Pani poseł niezwykle czynnie uczestniczyła w pracach komisji sejmowych, jednoznacznie wypowiadała się w mediach na ten temat, stanowiła istotny czynnik społecznego nacisku na rządzących, którzy jeszcze niedawno uznawali, że dla katolików nie ma miejsca na powszechnie dostępnej platformie medialnej. Na tym przykładzie doskonale można zobrazować, jak kuriozalne są poglądy ludzi, którzy uważali, że koncesję można było dostać poprzez normalny „dialog” z władzą.

Oczywiście nie ulega wątpliwości, że wygrana batalia o dostęp do multipleksu jest wygraną w walce o wolność słowa w ogóle. Władza chciała zachować w tej materii pełny monopol, gdyż dzięki temu mogła się czuć bezkarnie. Dopuszczenie do pełnego głosu konkurencji (również tej w wymiarze ideowym) nie mieściło się w pierwotnym projekcie politycznym. Dominacja zaś jednej opcji ideologicznej i politycznej w obszarze medialnym to niewątpliwie prosta droga do totalizacji życia społeczno-politycznego w Polsce. Jeśli zatem uznamy, że w dzisiejszych czasach wolność słowa mierzy się wolnością dostępu do mediów, to niewątpliwie można zaryzykować twierdzenie, że wolność religijna jest gwarantowana wtedy właśnie, kiedy katolicy mają pełny dostęp do własnej prasy, radia i telewizji. Nikogo zaś chyba nie trzeba przekonywać, że wolność religijna jest fundamentem personalistycznego ładu i wszelkich innych wolności w przestrzeni życia publicznego.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 9 sierpnia 2013 r.