Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
prof. Mieczysław Ryba 2013-01-12

Wypychanie Kościoła z przestrzeni publicznej

Platforma Obywatelska była pierwotnie reklamowana jako formacja prawicowa, która przy kompromitacji rządów postkomunistów miała wnieść do polskiego życia społecznego nową jakość. Z biegiem jednak czasu, szczególnie po przejęciu przez nią władzy, zaczęła upodabniać się do swojej poprzedniczki (Unii Wolności) i w dużej mierze odpowiadała na zapotrzebowanie ośrodków medialnych stanowiących jej zaplecze („Gazeta Wyborcza”, TVN i inni). Z wolna też coraz mocniej ujawniał się jej bardziej lewicowy charakter, co wyrażało się również jej stosunkiem do Kościoła. Szczególnie widoczne jest to w ostatnim okresie rządów PO. Przez kilka lat, gdy jedną z twarzy PO był Janusz Palikot, testowano, jak daleko Platforma może się posunąć w swej retoryce antykościelnej, tak aby nie stracić zbyt wiele elektoratu. Po odejściu Palikota i stworzeniu przez niego partii wiele w tej materii się nie zmieniło: Palikot testuje pomysły najbardziej skrajne, Platforma podąża za nim w formie rzekomo łagodniejszej.

Ofensywa antykościelna PO

Niewątpliwie ofensywa antykościelna władz rozwinęła się po tzw. awanturze o krzyż umieszczony przez harcerzy przed Pałacem Prezydenckim. „Awantura”, którą w dużej mierze wywołali ludzie sympatyzujący z Ruchem Palikota (bezpardonowy atak na ludzi broniących krzyża), doskonale wkomponowała się w optykę propagandową Pałacu i rządu, który mógł zarzucać opozycji, że to ona wykorzystuje politycznie katastrofę smoleńską oraz inicjuje burdy przed Pałacem Prezydenckim. Z drugiej strony, wszystko to miało umożliwić pokazywanie w mediach protestujących katolików jako fanatyków, którzy używają krzyża do ideologicznej wojny.

Niedługo potem pojawiły się kolejne ruchy ekipy rządowej. Słynne słowa Donalda Tuska z konwencji partyjnej z czerwca 2011 r., że jego rząd „nie będzie klękał przed księdzem”, stały się pewnym wyznacznikiem działalności jego gabinetu. Do dość spektakularnych akcji można zaliczyć zapowiedź odebrania Kościołowi tzw. Funduszu Kościelnego, a także medialne oskarżenia, jakoby ludzie Kościoła przywłaszczyli sobie nieprawnie olbrzymi majątek państwowy. W kontekście tzw. reformy emerytalnej pojawiła się zapowiedź likwidacji Funduszu Kościelnego jako rzekomo nieuprawnionego podatku przekazywanego na duchowieństwo. Dodajmy, że fundusz ten został utworzony jeszcze za czasów komunistycznych na mocy ustawy z 20 marca 1950 r. „o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego”. Zatem państwo, przejmując majątek kościelny, było zobowiązane do płacenia pewnego odszkodowania za to, co, dodajmy, bezprawnie zagarnęło.

Wychodząc poza sprawy majątkowe, jeszcze gorsze, patrząc od strony ludzi Kościoła, pojawiły się propozycje wprowadzenia zmian w tzw. sferze ustawodawstwa dotyczącego spraw moralnych. Nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (nowela weszła w życie w sierpniu 2010 r.) w sposób bardzo jednoznaczny uderzyła w rodzinę, niejako z definicji uznaną jako środowisko generujące patologie.

Niedawna zapowiedź premiera Tuska refundowania przez państwo procedury in vitro, mimo braku umocowania ustawowego, to tylko kolejne z serii działań uderzających w porządek moralny, na którego straży stara się stać Kościół. Klimat medialny, jaki wytworzono wokół dyskusji o in vitro, w najmniejszym stopniu nie przypominał atmosfery rzeczowego dialogu społecznego. Kościół starano się pokazywać jako instytucję zacofaną, niegodzącą się na realną pomoc bezpłodnym małżeństwom. Pomysł, aby pieniądze z in vitro przekazać na naprotechnologię, najnormalniej w świecie przemilczano lub wyśmiano.

Równolegle doszło do odrzucenia projektu nowelizacji ustawy o ochronie życia w kierunku wykluczenia dopuszczalności aborcji w przypadku choroby dziecka w łonie matki. Stało się tak na skutek bardzo mocnego, jednoznacznego zaangażowania premiera, który wymusił na bardziej prawicowo zorientowanych posłach PO głosowanie wbrew ich pierwotnym deklaracjom i poglądom idącym w kierunku pełnej ochrony życia. Widocznie premier musiał odczuwać nacisk jakichś mocnych sił, którym zależało, aby ustawodawstwo eugeniczne (wykluczenie z ochrony prawnej ludzi chorych) miało w Polsce nadal obowiązywać.

Wiele kontrowersji narosło również w kwestii obecności religii w szkole. Pojawiło się nowe rozporządzenie ministerstwa edukacji w sprawie ramowych planów nauczania (rozporządzenie obowiązujące od 1 września 2012 r.), gdzie wyeliminowano wcześniejszy zapis o obecności religii w szkole z podaniem liczby godzin.

Radykalne działania wobec Telewizji Trwam

Na koniec warto się skupić na sprawie koncesji dla Telewizji Trwam. Tylko ludzie zupełnie naiwni są skłonni przypuszczać, że decyzja Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o nieprzyznaniu miejsca na multipleksie dla Telewizji Trwam odbywała się poza wiedzą i wolą politycznych przywódców Platformy Obywatelskiej. Wszak skład osobowy KRRiT został powołany decyzją obecnej większości sejmowej i obecnego prezydenta. Działania niewątpliwie radykalnie krzywdzące katolicką stację miały na celu ograniczenie możliwości oddziaływania Kościoła na społeczeństwo polskie. O sile wpływu mediów nikogo przekonywać nie trzeba, szczególnie jeśli mówimy o stacjach telewizyjnych. Zatem potrzeba przyciszenia głosu rozlegającego się z toruńskich mediów z punktu widzenia ideologów nowej lewicy stawała się wręcz oczywista. Wydaje się, że w tej sprawie stawiano sobie za cel wywołanie awantury podobnej do tej z czasów „awantury o krzyż” przed Pałacem Prezydenckim. Przewidywano wszakże protesty, ale na ograniczoną skalę, tak by w łatwy sposób można było zdyskredytować wiecujących, pokazując ich jako grupę „podstarzałych szaleńców”. Spodziewano się również wywołania sporu wewnątrz kręgów kościelnych, tak aby można było powiedzieć, że ojciec Tadeusz Rydzyk i Fundacja Lux Veritatis są osamotnieni w Kościele i nie reprezentują większości katolików. Prawicowa opozycja broniąca Telewizji Trwam miała także wizerunkowo tracić (dokładnie tak, jak w czasie „awantury o krzyż”), ograniczając się, jak to się mówi w kręgach liberalnych, „do radiomaryjnego elektoratu”. Jednakże skala protestu w obronie Telewizji Trwam przerosła wszelkie wyobrażenia kręgów rządzących. Wielosettysięczne manifestacje na ulicach Warszawy, dziesiątki uchwał samorządów w tej kwestii, grubo ponad dwa miliony podpisów – wszystko to pokazało kompletną kuriozalność tez Jana Dworaka, który jakoby mówił o kilku- czy też kilkunastotysięcznej widowni Telewizji Trwam.

Władza nowoczesna, bo niekatolicka

Zatem spór o Telewizję Trwam stał się kulminacyjny, jeśli mówimy o walce z wpływami Kościoła w społeczeństwie polskim. Ten wpływ uniemożliwia obecnej ekipie rządowej zaprezentowanie się w kręgach międzynarodowych jako władzy nowoczesnej, bo niekatolickiej. Być może na tym działaniu zawieszonych jest kilka możliwych karier w obszarze biurokratycznych posad w Unii Europejskiej. Trudno bowiem inaczej odczytywać konsekwencję w działaniach obecnej ekipy władzy. Sama w dużej mierze bezideowa, ulega parciu zachodnioeuropejskich ośrodków ideologicznych, które już w większości krajów UE dawno doprowadziły do laicyzacji życia społecznego. Polska jest jakby „czarną wyspą”, która nie pasuje do „oświeconej Europy” ani pod względem ustawodawstwa aborcyjnego, ani roli Kościoła w życiu społecznym oraz państwowym. Działania polskich władz mają zatem w sobie coś w rodzaju dzikiego popisu przed zachodnimi obserwatorami (mecenasami) spod znaku nowej lewicy. To dlatego spór o Telewizję Trwam ma tak duże znaczenie, rządzący wiedzą doskonale, że media w dłuższej perspektywie mają największy wpływ na kształtowanie się postaw moralnych, obyczajowych, a nawet religijnych. Wypchnięcie Kościoła z obszaru oddziaływania medialnego niewątpliwie musi doprowadzić do zredukowania jego wpływu na szerokie masy Polaków.

Brak takiego wpływu umożliwi zaś przyspieszony proces laicyzacji naszego państwa i rewolucję moralną w polskim prawodawstwie. Wszak silne media katolickie umożliwiają Kościołowi w sytuacjach krytycznych szybką mobilizację wiernych i rzetelne wyjaśnienie im, jakie jest jego stanowisko w różnych sprawach. Można wprost powiedzieć, że bitwa o media katolickie ostatecznie jest kluczową bitwą w strategicznej walce o miejsce Kościoła w polskim życiu publicznym. Wydaje się, że już na tym etapie zmagań rząd tę bitwę przegrał. Zdecydowana większość Narodu wie, że Telewizji Trwam ta koncesja się należy i że dzieje się wielka niesprawiedliwość. Katolicy zaś obudzili się i masowo domagają się swych praw. Dziś nawet katolicy o bardziej liberalnym nastawieniu dochodzą do konstatacji, że w obecnej wojnie ideologicznej nie chodzi o Radio Maryja, ale ostatecznie o Kościół. Media toruńskie tylko z tego powodu są najbardziej atakowane, gdyż znajdują się na najbardziej od strony frontowej wysuniętym przyczółku. Ich likwidacja, likwidacja ośrodka najbardziej doświadczonego w bojach, najmocniejszego na gruncie nowoczesnych zmagań medialnych (wojna o kulturę – nowoczesny „Kulturkampf”) może być początkiem całkowitego wyrugowania Kościoła z polskiej przestrzeni publicznej. Aby się dowiedzieć, jak to może wyglądać w rzeczywistości, wystarczy przyjrzeć się krajom zachodnim (w tym tak niegdyś katolickim, jak choćby Hiszpania).

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 12-13 stycznia 2013 r.