Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
Alina Brzózka, Radosław Brzózka 2013-11-29

Trzecie podejście do „branki” sześciolatków

W reformie wieku szkolnego nie chodzi o dobro polskich dzieci. Gdy po odejściu dwóch ministrów edukacji forsujących tę zmianę pod tym samym hasłem rozpoczyna urzędowanie następny, warto raz jeszcze przyjrzeć się niektórym argumentom zwolenników poszerzenia przymusu szkolnego, a także rzeczywistym motywom działania „reformatorów”.

Pozostawiamy specjalistom roztrząsanie osiąganego przez sześcio- i siedmiolatki etapu rozwoju w wielorakich sferach oraz niezawodnych wskaźników gotowości do realizacji zadań szkolnych. Przyjmujemy zdroworozsądkową optykę rodziców. Opiera się ona na naturalnym przekonaniu, że jeśli w rodzinie jest niepracująca zawodowo matka lub dziadkowie, najlepiej potrafią zatroszczyć się o maluchy. Ekonomiczne racje (praca zawodowa obojga rodziców) stawiają wiele młodych małżeństw przed koniecznością posłania dzieci do przedszkola. Ta sama intuicja podpowiada im, że przedszkole – skoncentrowane na wysiłku opiekuńczo-wychowawczym – jest lepszym rozwiązaniem dla malucha niż szkoła. Pani, która przez cały czas pracy mamy przypilnuje, żeby dziecko zjadło, skorzystało z ubikacji, bezpiecznie się bawiło i nie zada pracy domowej – daje namiastkę naturalnego, domowego środowiska dla malucha. To dość pragmatyczne rozumowanie jest ważnym motywem macierzyńskiej solidarności udokumentowanej milionem podpisów pod referendum oświatowym.

Początek obróbki, czyli przymus w imię postępu

Rząd i jego socjalistyczni akolici od pięciu lat argumentują w sprawie sześciolatków przy pomocy starszych i nowszych haseł ideologicznych lewicy. Warto zebrać argumenty wypowiedziane już w tej długotrwałej polemice.

Przymus szkolny to wynalazek rewolucjonistów, jest obcy myśli katolickiej i klasycznej. Radykalne postulaty w tym zakresie, przypomnijmy, znajdowały swoją realizację w najgorszych okresach antychrześcijańskich rewolucji. Ale wróćmy do współczesności. Zaprowadzone w Polsce w 1999 r. obowiązkowe gimnazjum i nauka do 18. roku życia już przyczyniły się do demontażu sporej części procesu wychowawczego. Platforma Obywatelska uparcie od roku 2008 deklaruje zamiar „dokończenia reformy systemu edukacji rozpoczętej przez ministra Mirosława Handkego”. Trzeba więc jak najmłodsze dzieci odebrać rodzicom (czy przedszkolom wybranym przez rodziców) i przekazać jaśnie oświeconemu państwu na wychowanie.

Słuchając argumentacji niektórych entuzjastów lub klakierów reformy wieku szkolnego, można odnieść wrażenie, że zmiana ta opiera się także na najnowszych odkryciach w zakresie starej i skompromitowanej teorii ewolucji: „W związku ze zmianami cywilizacyjnymi dzieci sześcioletnie są w większości intelektualnie dojrzałe do nauki”. Inaczej mówiąc, wraz z przykręcaniem do ścian gniazdek z łączem internetowym i kupowaniem przez Polaków tabletów nastąpiła zapowiedziana już przez Hegla i Marksa ewolucja w łonie gatunku ludzkiego. Idąc tym tokiem rozumowania, można zaryzykować na przykład hipotezę, że iloraz inteligencji w społeczeństwie jest wprost proporcjonalny do liczby abonentów telefonii komórkowej.

Tymczasem cywilizacyjno-techniczny kontekst sprawia, że rozwój dziecka rzeczywiście różni się w swoim zewnętrznym kształcie od tego samego procesu sprzed stu laty. Większe, choć często niedostatecznie wykorzystane, są szanse na dobry rozwój fizyczny (opieka medyczna, wyżywienie). Jednocześnie nowe sposoby spędzania czasu (telewizja, komputer, zredukowany kontakt z przyrodą) nie tylko prowadzą do wad postawy czy nadwagi, ale także grożą nowymi postaciami deprawacji. Rozwój dziecka przebiega inaczej niż dawniej. Jednak stałe elementy natury ludzkiej decydują o tym, że nie przebiega on szybciej w istotnej, osobowej sferze życia ludzkiego.

Produkt końcowy: seksualnie wyszkoleni podatnicy

Bądźmy jednak uczciwi. Stary socjalistyczny przymus lewica sprzedaje nam teraz w całkiem nowym opakowaniu. Chętnie odżegnuje się od dawnej modernistycznej misji. Na sztandarach niesie obecnie postmodernistyczną apoteozę wolności. W praktyce oznacza ona zachętę do samomanipulowania własnym człowieczeństwem. W wieku rozwojowym chodziłoby zwłaszcza o „twórcze zajęcie się” własną płciowością (kłania się znana już czytelnikom jak zły szeląg ideologia gender).

Seksedukacja to „coś, co jest miękkie, ładne, przyjemne i jest kompletem informacji” – kusi rodziców i dzieci minister Joanna Kluzik-Rostkowska. „Wcale nie jestem przekonana, że powinni to robić nauczyciele. Bywają czasami takie sytuacje, że do szkoły przychodzą osoby z zewnątrz, które są kompetentne w tej dziedzinie i są lepiej przyjmowane przez młodzież” – precyzuje swój pogląd. Trzeba uwolnić (przynajmniej w tej sferze) dzieci od wychowawców i oddać je w ręce „ludzi z zewnątrz”.

Trzeba je „uchronić” jak najwcześniej i jak najintensywniej przed środowiskiem domowym. Już prekursorka reformy Katarzyna Hall oskarżana o skracanie dzieciństwa odpowiadała: „Czy siedzenie w domu z bezrobotnymi rodzicami jest szczęśliwym dzieciństwem?”. Nie tylko w tym kontekście media i władza tworzą atmosferę podejrzliwości wobec rodziny, podbudowaną sugestią, że patologia decyduje o jej obliczu. Wzmocniła ją szczególnie wyraźnie penalizacja klapsa, otwierająca szeroko drzwi dla ingerencji państwa w życie rodzinne i wychowanie domowe.

„Rodzice sześciolatka będą mogli wystąpić o opóźnienie startu szkolnego swojego dziecka” – łaskawie deklarują reformatorzy. Mówiąc ludzkim językiem: matka i ojciec mogą uprzejmie prosić państwo, żeby oddało im jeszcze na rok ich własne dziecko. Muszą jednak zadeklarować, że chcą swoje dziecko „opóźniać” oraz przyznać, że coś z nim jest nie tak. Po takich upokorzeniach jeszcze procedurka w otoczce psychologiczno-pedagogicznej i już po wszystkim.

Wybawienie od opresji starego świata, jego instytucji (z rodziną na czele) i zasad, które obiecuje postmodernistyczna lewica, może nastąpić po materialnym nasyceniu. O tym stosunkowo najchętniej dyskutują reformatorzy. Przeniesienie punktu ciężkości dyskusji o sześciolatkach na ciepłą wodę w kranie, kąciki i place zabaw pozwala im przekupstwem skaptować jakąś część zatroskanych o maluchy rodziców. Co prawda i w tym względzie rząd Platformy jest dość nieudolny.

Skoro jednak ziemskie zbawienie lewicy ma się dokonać po nasyceniu mas owocami cudu gospodarczego, jaśniejszy staje się jeszcze jeden motyw wcześniejszego posłania dzieci do szkół: wcześniej staną się płatnikami podatków dla „zjednoczonej Europy”. Ci, którzy mają być hołubionymi (i seksualnie wyszkolonymi) indywiduami w czasie wolnym, wcześniej (jak najwcześniej) mają być sprawnymi trybami w procesie produkcji-konsumpcji.

Technologia: kreatywna… pedagogika

Nie przeceniajmy jednak ideowych pobudek „zrekonstruowanego” rządu, który próbuje realizować cele lewicowych architektów nowoczesnego społeczeństwa, ale najbardziej zajmują go koniunkturalne manipulacje systemem edukacji (i resztą życia społecznego). Dlatego poza kreatywną księgowością znakiem firmowym rządów Donalda Tuska jest kreatywna… pedagogika. Choć po rekonstrukcji zabraknie ministra Jacka Rostowskiego, wkracza do akcji minister Kluzik-Rostkowska. W ramach państwowej „pedagogiki” już pięć lat temu z alternatywy (do której doprowadziła poprzednia reforma edukacji): podnosić nauczanie z upadku czy dalej obniżać wymagania – wybrano drugie. Wiele wskazuje na to, że i tego nie potrafiono wykonać umiejętnie. Co przygotowano dla sześciolatków-pierwszoklasistów? „Zapisy zawarte w podstawie programowej kształcenia ogólnego dla szkół podstawowych w zakresie kształcenia językowego są niekonsekwentne, niespójne i niezgodne ze stanem współczesnej wiedzy z językoznawstwa, psycholingwistyki, psychologii rozwojowej i psychologii uczenia się” – twierdzi dr Anna Jurek na forum Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN.

Modna ideologia i interes rządzących – to prawdziwe motywy „branki”, której celem jest wcielenie sześciolatków do szkół. Ta w 2014 r., tak jak ta z 1863 r. odbędzie się na podstawie imiennych list. Ale nie ogłaszajmy żadnego powstania. Po prostu dalej solidarnie ratujmy maluchy.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 29 listopada 2013 r.