Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
Radosław Brzózka 2012-12-29

Polska regionalna i lokalna – zaniedbany potencjał

Mieszkańcy mniejszych miejscowości, zwłaszcza tych usytuowanych z dala od aglomeracji miejskich, z niepokojem obserwują wycofywanie się państwa z polskiej prowincji. Władza centralna nie tylko dopuszcza do likwidacji lokalnych agend zależnych od siebie instytucji, ale także osłabia samorząd terytorialny. Redukcje i cięcia są argumentowane racjami finansowymi i przemianami cywilizacyjnymi.

Regres cywilizacyjny

Racjonalnością ekonomiczną są uzasadniane decyzje o wycofaniu z mniejszych miejscowości różnorakich instytucji państwowych. Taki charakter ma najnowsza reforma sądownictwa niepokojąca wiele powiatów. Za nieopłacalne uznaje się niejednokrotnie funkcjonowanie punktów pocztowych w małych miejscowościach. Z podobnej motywacji ZUS wycofał jedynego zatrudnionego zaledwie na część etatu pracownika z miasta będącego siedzibą powiatu zamieszkiwanego przez ponad 70 tys. mieszkańców. Krok po kroku redukowana jest deficytowa komunikacja kolejowa. Pozostawiona wyłącznie prywatnej inicjatywie komunikacja samochodowa jest uboga w połączenia wykonywane na rzecz mniej ludnych miejscowości. Drastyczna w skutkach okazała się decyzja o likwidacji wielu posterunków policji w małych miejscowościach gminnych. Aby stwierdzić negatywne konsekwencje tego posunięcia nie trzeba było czekać na abstrakcyjne wskaźniki przestępczości. Dosłownie dzień po zniesieniu obecności policji w niejednej miejscowości złodzieje dokonywali włamań, kradzieży i innych przestępstw.

Drastyczne skutki przynosi centralna polityka względem samorządu terytorialnego, zwłaszcza w dziedzinie edukacji. Przekazywanie przez rząd gminom i powiatom zbyt małych środków finansowych na co raz to nowe zadania publiczne, a także na cele oświatowe prowadzą nie tylko do likwidacji wiejskich szkół w wyludniających się terenach. Nakładane centralnie na samorządy obciążenia finansowe, które dotychczas pogarszały kondycję ekonomiczną małych gmin, teraz doprowadzają najsłabsze z nich do granic wypłacalności.

Wysokie aspiracje, wysokie bezrobocie

Wbrew materialistycznym przesądom opisane ograniczenia nie decydują ostatecznie o kulturalnych i duchowych aspiracjach mieszkańców Polski lokalnej. Wyniki sprawdzianu szóstoklasistów i egzaminu gimnazjalnego w gminach położonych w Polsce południowej, wschodniej i centralnej są lepsze niż w północnej i zachodniej części kraju. Rozkład tych wyników pokrywa się mniej więcej (odwrotnie proporcjonalnie) ze statystykami rozwodów. Bogactwem Polski B są bowiem trwałe więzy rodzinne, żywe więzy obyczaju narodowego i stojąca u ich podstaw religijność.

Dobrze ucząca się młodzież ze „ściany wschodniej” na progu dorosłości przeżywa drastyczne zderzenie z tragiczną sytuacją na rynku pracy. Młodzi nie znajdują ofert adekwatnych do swoich predyspozycji i aspiracji. Nie jest im łatwo uzyskać nawet jakiegokolwiek zatrudnienie. Tak ciężka sytuacja generuje oczywiście szereg patologii w sposobie funkcjonowania pracodawców o charakterze publicznym, jak i prywatnym. W urzędach i podległych im jednostkach zdarzają się układy koteryjne daleko przerastające obraz serialowego „Rancza”. Dla osób nie potrafiących albo nie chcących wpisać się w nieformalne mechanizmy rządzące establishmentem lokalnym praca w sferze publicznej nierzadko jest nieosiągalna. Duży deficyt miejsc pracy otwiera także pole do nadużyć ze strony pracodawców prywatnych. Przypadki ewidentnego wyzysku nie należą do rzadkości. Zmorą jest także nietrwałość zatrudnienia, pozwalająca licytować płacę w dół i poszerzać ponad miarę zakres czynności i czas pracy.

Migracja do dużych miast lub zarobkowe wyjazdy za granicę dla wielu są naturalnym wnioskiem z powyższego oglądu rzeczy. Uzyskiwane w metropoliach i na obczyźnie dochody łagodzą często najdalsze możliwe konsekwencje wycofywania się państwa z odpowiedzialności za polską prowincję. Procesy migracyjne uderzają jednak w to, co jest jej największym bogactwem: więzi społeczne i rodzinne.

Na ile powyżej zarysowany obraz jest konsekwencją jakichś obiektywnych przemian cywilizacyjnych, a na ile wynikiem błędnej polityki? Zapewne wiele na ten temat byliby w stanie powiedzieć nam z jednej strony socjologowie, osadzeni w bardzo konkretnych danych, z drugiej specjaliści od konstruowania i realizacji różnorakich strategii społecznych. Wiele oskarżeń w kierunku rządzących intuicyjnie ciśnie się na usta. Ciekawym pomocniczym punktem widzenia na ten problem mogą być zapatrywania teoretyków cywilizacji.

Pustynnienie Polski zamiast cyfrowej wioski

Polscy znawcy tych zagadnień (Feliks Koneczny, Erazm Majewski) zwracali uwagę na znaczenie czynników demograficznych w rozwoju (bądź regresie) społecznym. Podkreślali przy tym, że nie bezwzględna liczba ludności (z którą mamy w Polsce i Europie tak wielki problem) jest tu czynnikiem najważniejszym. Przecież mniejsze narody także dokonywały skokowego rozwoju zadziwiając świat. Wskazywali, że niezwykle ważna dla cywilizacyjnego wzrostu jest gęstość zaludnienia w danym kraju. I tu możemy powrócić do tematu Polski B. Zarówno wyjazd dziesiątków i setek tysięcy Polaków z prowincji za granicę, jak i ich migracje do metropolii ze stolicą na czele zmniejszają gęstość zaludnienia. Zdaniem dwudziestowiecznych polskich znawców zagadnień cywilizacji nie wróży to nam dobrze. Ale czy ich teorie pasują do nowych czasów, do ery społeczeństwa informacyjnego?

Okazuje się, że doskonale łączą się one z przesłaniem proroków nowoczesności. Amerykański futurolog Alvin Toffler (błądzący w niejednej ze swych teorii) słusznie zwraca uwagę, że współczesne społeczeństwo, cywilizacja trzeciej fali, jest nie tylko bardziej mobilne, ale także dąży do dekoncentracji. Nowoczesne narzędzia teleinformatyczne i komunikacyjne z jednej strony pozwalają na niebywałą ruchliwość, ale z drugiej dają swobodę życia poza sztucznym i nieprzyjaznym środowiskiem wielkiego miasta. Rośnie zapotrzebowanie na wyspecjalizowane usługi i produkcję małych serii przedmiotów dostosowanych do indywidualnych potrzeb odbiorców. Postępuje automatyzacja. Spada zatem znaczenie miejsc pracy w postaci fabryk wytwarzających wielkie serie identycznych produktów, a także instytucji usługowych skonstruowanych według tego modelu. Tak się szczęśliwe składa, że ten przejaw nowoczesności doskonale zbiega się z jakże polskim ideałem życia symbolizowanym przez szlachecki dwór czy zamożną wiejską chatę. Zarówno trzecia fala nowoczesności, jak i marzenia Polaków rozbijają się niestety o słabość (a może brak) autentycznej polityki regionalnej kraju.

„Przeludnienie moralne” metropolii

Wracając do polskiej nauki o cywilizacjach warto zatrzymać się nad jeszcze jedną diagnozą Feliksa Konecznego. Pisał on, w czasach boomu demograficznego, o zjawisku „przeludnienia moralnego”. Jest to „zbyt wielka mnogość obojętnych na dobro ogółu; ilość większa niż organizm społeczny strawić zdoła. (...) Przeludnienie moralne sprowadza zawsze upadek sprawy publicznej” – przestrzegał wielki uczony, którego 150 urodziny obchodzimy w tym roku. Jakże wielkim paradoksem jest, że w dzisiejszej Polsce, dotkniętej katastrofą niżu demograficznego, mamy jednocześnie wyraźne „przeludnienie moralne”. Odpowiada za nią w dużej mierze grupa kryjąca się za stereotypem „młodych, wykształconych, z wielkich miast”. Oswald Spengler, który na początku dwudziestego wieku sprowokował dyskusję o rozwoju i upadku cywilizacji, rysował bardzo mroczną, trafną w swoim opisie wizję „niepłodności cywilizowanego człowieka” – mieszkańca wielkiej metropolii. Jeśli zatem, jak wspomniano powyżej, przywiązanie do rodziny, tradycji narodowej i wiary ojców jest największe w najuboższej i prowincjonalnej części Polski, to stoi przed nią zadanie „strawienia” wielkiej miary egoizmu wychodowanego przez liberalistyczną ideologię i głoszącą ją pseudoelitę.

Odrodzenie społeczne wymaga oczywiście zarówno troski o życie w regionach, jak i o rozwój miast. Takiego punktu widzenia trudno się jednak spodziewać od elit cierpiących na „kolonialne” kompleksy, oglądających się na wzorce płynące z metropolii kolonizatorów najpierw tych ze wschodu, następnie tych z zachodu.

Przepis na tanie i bezpieczne państwo

Kiedy pytam współmieszkańców mojej „ściany wschodniej” o to jak sami siebie odbierają, mówią mi: napisz, że tutaj ludzie rozmawiają i pracują, mają czas na zabawę i modlitwę; są szczęśliwi i cierpią. Są też dumni z materialnych osiągnięć, o które tutaj trudniej, ale też bardziej się cieszą. Kilka dni temu rozpoczął funkcjonowanie Port Lotniczy Lublin. To pierwsze po wojnie polskie lotnisko zbudowane od podstaw. Od kilku lat region integrowała pozapartyjna solidarność wokół inwestycji zlokalizowanej w Świdniku – mieście osławionym w stanie wojennym „świdnickimi spacerami” i Radiem Solidarność.

Polska regionalna i lokalna to zaniedbany potencjał. Jest w niej dobry klimat dla solidnego kształcenia młodego pokolenia. To w niej jest wiele chętnych rąk do pracy, młodych ludzi lekkomyślnie wypychanych za granicę. To doskonałe miejsce do budowania elektronicznej wioski przyszłości. To we wschodnich i południowych niezidustrializowanych województwach trwa wiele cennych pierwiastków polskiej kultury, polskiego etosu. Jego umocnienie to najlepszy przepis na tanie i bezpieczne państwo streszczony w „Panu Tadeuszu” przez Wojskiego: „Ach! wy nie pamiętacie tego, Państwo młodzi,/Jak wśród naszej burzliwej szlachty samowładnej,/Zbrojnej, nie trzeba było policyi żadnej;/Dopóki wiara kwitła, szanowano prawa,/Była wolność z porządkiem i z dostatkiem sława!”

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 29-30 grudnia 2012 r.