Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
Radosław Brzózka 2012-10-13

Pod pręgierzem władzy i mediów

Skutkiem braku umiaru władzy i mediów w dyskusji o finansowaniu oświaty jest dalsza erozja autorytetu nauczyciela. Przykład idzie z góry. Premier Tusk od dawna nie sili się na poważne uczestnictwo w dyskusji o polskiej oświacie. Gorsze jednak od jego milczenia jest przyjęcie infantylnej roli entuzjasty i promotora nowych technologii w nauczaniu. W expose z 2007 r. obiecywał laptopa dla każdego ucznia, na rozpoczęcie obecnego roku szkolnego – już tylko e-podręczniki. Oczywiście ani premier, ani nikt rozsądny nie wierzy w magiczną moc elektroniki jako panaceum na edukacyjny regres w Polsce. Jak przy tylu innych kwestiach poważne potraktowanie problemu zastępowane jest okolicznościowym zabiegiem pijarowskim.

Ta sama sofistyczna optyka jest znakiem firmowym resortu edukacji. Pod rządami Platformy podwyżki dla nauczycieli były argumentem przy przepychaniu społecznie nieakceptowanej reformy programowej i strukturalnej (sześciolatki do szkół). Za rządów prawicy rozpoczęto podnoszenie płac pedagogów z myślą o odbudowaniu autorytetu niezbędnego w tym zawodzie. Towarzyszyły temu: projekty wychowawcze porządkujące relacje nauczyciel-uczeń, nadanie nauczycielom uprawnień funkcjonariusza publicznego, wzrost społecznego zainteresowania tematyką oświatową. Równolegle z podwyżkami wprowadzanymi przez Platformę toczył się proces odwrotny. Kolejna odsłona biurokratyzacji oświaty (m.in. nowa „papierowa” formuła pomocy psychologiczno-pedagogicznej, efekty rewolucji programowej), spadek poziomu nauczania, a przede wszystkim kompletny brak odpowiedzialności MEN w dyskusji o finansowaniu oświaty rujnują społeczną pozycję nauczycielstwa.

Niekomunikatywne MEN

W tej ostatniej sprawie szczególnie razi krótkowzroczność polityków Platformy imających się problematyki oświatowej. Doktrynersko odcięto się od wszystkiego, co w kwestii statusu zawodu nauczyciela odziedziczono po rządach prawicy. Przeciągające się dyskusje oświatowego środowiska z Katarzyną Hall o pragmatyce zawodowej spełzły na niczym. Stosowny zespół zakończył bowiem prace w czerwcu 2011 roku, a nowa minister oświaty, przejmująca wkrótce potem resort, nigdy już do jego dorobku się nie odwołała. Nastąpił okres izolacji ministerstwa. Krystyna Szumilas i jej resort nie prowadził z nauczycielami i samorządowcami żadnych rozmów na kluczowe tematy, unikając nawet komunikacji za pośrednictwem mediów. Odsyłano zainteresowanych ad calendas Grekas, wskazując, że za dwa lata Instytut Badań Edukacyjnych zakończy badania nad czasem pracy nauczycieli. Do 2013 roku dyskusja o finansach i Karcie Nauczyciela miała więc być zamrożona. Niż demograficzny i niewydolność systemu oświaty zmobilizowały do nacisków zarówno zagrożonych zwolnieniami nauczycieli, jak i borykających się z finansowym deficytem samorządowców. Ministerstwo zasiadło wreszcie do rozmów, przyjmując jednak fałszywą rolę arbitra pomiędzy związkami nauczycielskimi a samorządowcami. W ostatnich dniach nagle ministerialni negocjatorzy zmienili pozycje na mocno oszczędnościowe. Można się domyślać, że impuls do tego wyszedł z przygotowującego budżet państwa na 2013 rok ministerstwa finansów.

Reasumując: za rządów Platformy nie słabnie ideologiczny zapał polityków do manipulowania merytoryczną stroną edukacji. Dominuje jednocześnie krótkowzroczna sofistyczna optyka politycznego gracza w obliczu zasadniczej odpowiedzialności państwa jaką jest jednoczenie społeczeństwa wokół sprawy edukacji oraz gromadzenie i zarządzanie środkami niezbędnymi do realizacji tego celu.

Słupki księgowego

Wobec takiego obrotu sprawy pierwszorzędna rola w debacie nad finansami oświaty i społecznym statusem zawodu nauczycielskiego przypadła mediom. „Polscy nauczyciele pracują najmniej na świecie” – to myśl, którą zawarto w nagłówku wywiadu „Rzeczpospolitej” z Leszkiem Balcerowiczem („Karta szkodzi uczniom”, 11.06.2012). Główny księgowy transformacji ustrojowej krytykuje polityków Platformy za opisaną przeze mnie powyżej bierność wobec ich zasadniczych zadań. Optyka księgowego w subtelnej materii międzypokoleniowego przekazu kulturowego jednak zawodzi. Balcerowicz sprowadza pracę pedagogiczną do kategorii usługi, co pozwala mu pokładać jednostronną ufność w mechanizmie konkurencji. Snuje wątpliwą analogię do restrukturyzacji górnictwa, a przede wszystkim, jak sam mówi, nie widzi specyfiki pracy nauczyciela, która uzasadniałaby szczególne potraktowanie tego zawodu przez państwo. Ta sama logika towarzyszyła mu zapewne jako ministrowi finansów, nie może uchylać się więc od współodpowiedzialności za obecny kształt spraw oświaty.

Skoro Balcerowicz manifestuje ekonomistyczny redukcjonizm, trudno dziwić się, że znajduje naśladowców wśród dziennikarzy. „Polscy nauczyciele pracują najkrócej na świecie” powtarza w nagłówku Artur Grabarek z „Rzeczpospolitej” w artykule „Pracowity jak nauczyciel” (12.09.2012). Do błędów wynikających z „optyki księgowego” dołącza efekt szczególnego potraktowania dziwacznie wyliczonych danych w międzynarodowym raporcie OECD „Rzut oka na edukację” (co szczegółowo analizuje i wytyka mu Piotr Pacewicz w „Gazecie Wyborczej” z 18.09.2012). Mała liczba godzin spędzanych przez belfrów przy tablicy inspiruje dziennikarzy do całego festiwalu antynauczycielskich pamfletów. Niewątpliwa dyskusyjność systemu pracy pedagogów nie może jednak przesłaniać faktu niezwykłej pracowitości wielu nauczycieli oddanych swemu powołaniu. Stałe aktualizowanie wiedzy z nauczanej dzedziny, przygotowanie zajęć dostosowanych do grupy, kontrola pracy uczniów (zeszyty, klasówki, wypracowania...), całe „życie szkoły” od rad pedagogicznych po wycieczki szkolne sprawia, że zawód pedagoga jest swoistym stylem życia. „Optyka księgowego” zamyka jednak oczy na tę powszechnie znaną przecież prawdę.

Media kontra nauczyciele

Zarobki polskich nauczycieli są wciąż niskie w stosunku do tych, które uzyskują ich koledzy w większej części Europy. Nie są także atrakcyjne w zderzeniu z innymi zawodami wykonywanymi przez polską inteligencję, stąd na przykład trudności w znalezieniu nauczycieli przedmiotów zawodowych. Kiedy jednak wpiszemy do Excela kilka liczb, możemy w oświatowych podwyżkach – zrównujących płace nauczycieli z zarobkami pracowników budowlanych – doszukać się niezłych kokosów. A. Grabarek podzielił pensje nauczycieli przez godziny pracy przy tablicy i usytuował ich stawkę godzinową nieznacznie poniżej tej, którą uzyskują pedagodzy francuscy i amerykańscy („Nauczyciele na dorobku?”, „Rzeczpospolita” z 15-16.09.2012). „Księgowi” dziennikarze słusznie wzywają do poprawy jakości kształcenia powiązanej z systemem płac. Wylewają jednak dziecko z kąpielą, współtworząc atmosferę nagonki na leniwych i rozpieszczanych nauczycieli. Jakość ich pracy zależy bowiem w ogromnej mierze od społecznej atmosfery wokół tego zawodu, od szacunku dla nauczycielskiego powołania, które nie da się sprowadzić do roli „usługi edukacyjnej”.

Doskonałą manifestacją dziennikarskiej pracy na rzecz złej atmosfery wokół pracowników oświaty są opinie (a może tylko emocje?) Miry Suchodolskiej zawarte w jej wywiadzie z Jarosławem Klejnockim („Zmęczone dzieci i ich ambitni rodzice”, „Dziennik Gazeta Prawna – Magazyn” z 31.08.2012). „Dlaczego nie traktować ich [nauczycieli] jak innych pracowników: zostali wynajęci do tego, aby uczyli nasze dzieci.” – pyta retorycznie dziennikarka. Wkrótce potem mówi, nie siląc się na precyzję: „[Nauczyciele] Mają jak u pana Boga za piecem. Ale myślę, że jeśli im się zabierze np. trwający trzy miesiące urlop, to wyjdą na ulice.” Ironizuje wreszcie: „Biedni nauczyciele. Mają złe warunki pracy, beznadziejnych uczniów, a rodzice uprzykrzają im życie.” Nie przejmując się też tokiem wywodu swojego rozmówcy, ma receptę na problemy z nauczycielami: przydzieliłaby im superwizorów. Dziennikarka ma dla wywiadu także własną pointę: „...sadysta może uczyć nasze dzieci, a niepełnosprawny jest wykluczony.”

Szczególną trudność odnalezienia się w obecnej dyskusji nad oświatą mają redaktorzy „Gazety Wyborczej”. W znacznej mierze to pod dyktando importowanych przez to środowisko poglądów pedagogicznych reformowana jest od 20 lat polska szkoła. Co jest myślą przewodnią lewicowego pomysłu na oświatę? Inżynieria społeczna zaangażowana w realizację równości, demokracji, tolerancji, co w edukacji sprowadza się do hasła „wyrównywania szans edukacyjnych”. Zniecierpliwieni niedostatecznymi efektami swojej pracy, zdziwieni, że budżet państwa nie może już udźwignąć kosztów permanentnej reformy, gotowi są odejść od ideału „społeczeństwa obywatelskiego”, które samorzutnie miało porzucić przesądy religii, tradycji, rodziny, ojczyzny. „Wszystkie szkoły w ręce państwa!” wzywa wbrew oczywistym zapisom konstytucji Adam Leszczyński („Gazeta Wyborcza” z 15-16.09.2012). W bardzo osobistym tekście deklaruje, że jako rodzic korzysta z oświaty niepublicznej, ale zgłasza postulat likwidacji tego zjawiska. Dlaczego postuluje monopol oświaty publicznej? Bo „szkoły publiczne wyrównują szanse” i są rzekomo tańsze. Redaktorom z Czerskiej marzy się zapewne polityczny ruch wokół oświaty na wzór chilijski. Relacjonują przecież z nieskrywaną sympatią sukcesy masowego ruchu na rzecz upaństwowienia edukacji z młodą komunistką Camilą Vallejo na czele.

Ideologiczne i instytucjonalne związki „Wyborczej” z obecnym kształtem systemu oświaty, a nade wszystko „obowiązek” tworzenie parasola ochronnego nad rządami Platformy sprawiają, że trudno jest im w tej debacie się odnaleźć. Mamy więc w „Gazecie” z jednej strony „antyautorytetowy” nurt publicystyki zaangażowany w demontaż tradycyjnego wizerunku nauczyciela jako mistrza, z drugiej nurt „instytucjonalny”, balansujący pomiędzy sprzyjaniem rządowemu punktowi widzenia, a wykazywaniem empatii dla nauczycieli.

Edukacja narodowa

Debata nad finansami oświaty i pozycją społeczną nauczycieli, często wbrew intencjom dyskutujących, bywa kolejnym aktem nieodpowiedzialności, pogłębiając demontaż tego ważnego aspektu życia narodowego. Ta nowa destrukcja sięga dalej niż ruina prawa, instytucji, finansów. Zagraża przyszłości, uderzając z nową mocą w fundamentalną relację ważną w kulturowym przekazie, w relację mistrz-uczeń.

Nauczyciele jako popularyzatorzy wiedzy i wychowawcy są zależni od świata nauki. Z akademickich kręgów czerpią teorię pedagogiczną, stamtąd wynoszą zasób wiedzy merytorycznej z zakresu przedmiotu nauczania, na etapie wykształcenia wyższego powinni także osiągnąć praktyczne umiejętności pedagogiczne. A skoro współczesna postmodernistyczna humanistyka doświadcza głębokiego kryzysu – nie jest predysponowana do przekazania ani realistycznej teorii pedagogicznej, ani osadzonego w rzeczywistości formowania nauczycielskich umiejętności zawodowych. Trudno o to winić nauczycieli.

Praca nauczyciela mająca charakter działalności praktycznej nie jest jednak jedynie aktywnością, udzielaniem usług. W przypadku tego zawodu duchowy wymiar pracy jest szczególnie rozległy. I przedmiot nauczania i jego adresat nieustannie pobudzają pedagoga do osobowej: racjonalnej i wolnej aktywności. Dlatego relacji ucznia do nauczyciela nie da się ostatecznie zbiurokratyzować ani urynkowić. Dopiero stale o tym pamiętając, można przystępować do rozważań organizacyjnych i ekonomicznych.

Jak by nie przeliczać oświatowych finansów i nauczycielskiego zakresu obowiązków i praw, zarówno stan polskiego państwa, jak i globalnej ekonomii nie skłaniają do łatwych nadziei. Chcąc podnieść na wyższy poziom tę dziedzinę życia społecznego, zmuszeni jesteśmy zachęcać się wzajemnie nie tylko do sprawiedliwości przy podziale środków materialnych, ale i do ofiarności na rzecz łączącej nas sprawy oświaty i wychowania młodego pokolenia. Aby jednak służyć ojczyźnie „swoich pożytków zapomniawszy” (wedle zachęty ks. Skargi), potrzebna jest przekonująca motywacja. Dla chrześcijan będzie nią przewrócenie edukacji narodowej jej tradycyjnych celów, którymi są prowadzenie młodych do pełni osobowego rozwoju i ku wieczności.

Dlatego jestem przekonany, że zmiany w Karcie Nauczyciela są doskonałą okazją do proklamowania na nowo powagi powołania nauczycielskiego i tych celów edukacyjnych – będących zarazem ważnymi celami narodowymi. Tak rozumiana Karta Nauczyciela mogłaby się stać nawet swoistą konstytucją odradzającej się Rzeczpospolitej.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 6-7 października 2012 roku.