Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
Magdalena Ziętek 2012-05-05

Polityka historyczna

Planowane przez MEN zmiany programu nauczania historii napotykają na opór wielu przedstawicieli kręgów prawicowo-konserwatywnych. Co więcej, obronę rozbudowanego programu szkolnego w kwestii historii uważają oni za wyraz ich prawicowego czy też konserwatywnego światopoglądu. A sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. W końcu idea kształtowania świadomości społecznej poprzez zuniformizowane publiczne szkoły ma oświeceniowy, a więc w gruncie rzeczy lewicowy rodowód. Natomiast propagowanie twierdzenia, że w związku z tym historia powinna zostać praktycznie usunięta ze szkół publicznych, a najlepiej znieść jeszcze sam obowiązek szkolny, niestety także jest dość problematyczne. W moim tekście chciałabym pokazać, jak zawiła jest problematyka polityki historycznej. Mam nadzieję, że to umożliwi prawdziwie rzeczową debatę na ten temat.

Nowożytna koncepcja polityki państwa

Poruszanie problematyki polityki historycznej jest dobrą okazją do tego, żeby pokazać podstawowe założenia nowożytnej koncepcji polityki i państwa, jak również napięcie, jakie panuje między nią a koncepcją katolicką. Teoretyczne podstawy nowożytnego rozumienia polityki stworzyli przede wszystkim Machiavelli i Hobbes. Nie wchodząc w szczegóły, należy stwierdzić, że dokonali oni czegoś, co można by określić mianem technicyzacji polityki. Polityka została przez nich oderwana od etyki, metafizyki oraz teologii. Jej podstawowym celem stało się zapewnienie porządku społecznego środkami „technicznymi”, czyli bez odwołania się do Boga czy też prawdy. Dla Hobbesa sprawa religii jest sprawą zupełnie prywatną, w sferze publicznej to państwo tworzy swoją własną religię czy też prawdę. Jego zdaniem, jest to niezbędne do tego, by zachować porządek społeczny, który w czasach mu współczesnych był destabilizowany poprzez wojny religijne. Dla Machiavelliego także porządek, na straży którego ma stać panujący, jest wartością naczelną. W obu koncepcjach podstawowym zadaniem dla władcy jest więc prowadzenie polityki skutecznej, a nie moralnie dobrej. Nowożytna koncepcja państwa w daleko posuniętym stopniu podporządkowuje jednostkę państwu, które staje się jedynym źródłem porządku społecznego. Nie są nim bowiem religia ani też tradycja, gdyż od czasu reformacji i odrodzenia pozycja Kościoła katolickiego i tradycji zostały w daleko posuniętym stopniu podważone. W ten oto sposób nowożytne państwo staje się czymś na kształt „maszyny”, którą politycy mają sprawnie zarządzać, tak by poddani mogli żyć w pokoju i dobrobycie. Państwo „maszyna” stała się także przedmiotem walki politycznej. Ten kto zdobył władzę nad „maszyną”, dysponuje bowiem olbrzymią władzą nad całym społeczeństwem.

W oświeceniu pojawiła się idea powszechnej edukacji, za pomocą której lud miał być właśnie „oświecany”. Oświeceniowi ideolodzy mieli bardzo jasne wyobrażenie na temat tego, co jest „prawdą, i tylko prawdą”. Oświeceniowy projekt edukacyjny miał bowiem doprowadzić do tego, by „wyzwolić” lud od wpływów Kościoła katolickiego oraz tradycyjnych wierzeń i przekonań. W połączeniu z nowożytną koncepcją „państwa-maszyny” oznaczało to, że edukacja miała stać się środkiem do tego, by stworzyć nowy porządek społeczny.

W wieku XIX i w pierwszej połowie XX idea powszechnej edukacji została przejęta przez nurty socjalistyczne. Socjaliści żądali powszechnego dostępu do edukacji, co wynikało z przyjmowanych przez nich koncepcji egalitaryzmu i sprawiedliwości społecznej. Po przejęciu władzy swoje ideały w wielu krajach wcielili w życie. Darmowa edukacja nie tylko na poziomie szkolnym, ale także akademickim stała się jedną z głównych zdobyczy rewolucyjnych i symbolem postępu. Rewolucjoniści dobrze wiedzieli, co robią. Bo to właśnie powszechna i darmowa edukacja była głównym narzędziem uprawiania propagandy politycznej, której celem było wychowanie „nowego człowieka”. To samo dotyczyło lekcji historii.

W krajach zachodnich zwyciężyli natomiast socjaldemokraci, którzy wprowadzili darmowe szkolnictwo przynajmniej na poziomie szkół podstawowych i średnich. Także i tam programy nauczania stały się środkiem do tego, by szerzyć np. określoną wizję historii i społecznych wartości.

Między prawdą a użytecznością – dylematy nauczania historii

Państwa komunistyczne upadły (przynajmniej w naszej części globu), koncepcja „państwa-maszyny” wręcz przeciwnie, trzyma się bardzo dobrze. (Polscy antykomuniści, niestety, nie rozumieją, że komunizm był tylko historycznym przejawem pewnej koncepcji politycznej, której rozwój na naszych oczach wchodzi w nową fazę). Aktualny trend polityczny jest ściśle powiązany z koncepcją technokratycznego społeczeństwa konsumpcyjnego, które ma stać się jedyną prawdziwie nowoczesną formą cywilizacyjną. Publiczna edukacja więc także ma stworzyć „nowego człowieka”, tym razem konsumenta. Konsument nie powinien zawracać sobie głowy zajmowaniem się sprawami, które są nieużyteczne z punktu widzenia racjonalności kapitalizmu konsumpcyjnego. Konsument po prostu powinien sprawnie reagować na bodźce rynkowe. Inżynierowie społeczni dobrze wiedzą, że człowiek nieposiadający żadnej przeszłości, a przez to tożsamości, jest szczególnie podatny na manipulację. Konsumenci powinni zatem zostać pozbawieni takiej tożsamości, która jest wynikiem naturalnego rozwoju międzypokoleniowego.

Przygotowywana przez polskie MEN reforma idealnie wpisuje się w taką właśnie koncepcję „państwa-maszyny” w dobie technokratycznego kapitalizmu konsumpcyjnego. Także i polskie szkoły mają produkować bezmyślnych konsumentów, którymi sterownicy „maszyny” będą mogli manipulować bez żadnych ograniczeń. Wielu przedstawicieli polskiej prawicy słusznie próbuje się temu przeciwstawić. Niestety, nie rozumieją oni, że zwalczają przeciwnika na jego własnym gruncie. I tutaj przechodzimy do sedna problemu.

Z historią problem jest taki, że właściwie nie ma chyba kwestii, która nie byłaby przedmiotem sporu dla historyków. Zgodnie z czymś, co tutaj zostanie nazwane jako paradygmat cywilizacji łacińskiej, badanie historii i jej nauczanie powinno być podporządkowane ideałowi prawdy. Tutaj nie ma podziału na prawdę prywatną i prawdę publiczną, jak tego chciał Hobbes. Co więcej, nie ma miejsca na żadną instrumentalizację nauki przez politykę, w tym także nauk historycznych.

Wielu zwolenników rozbudowanego programu nauczania historii w szkole widzi w nim element kształcenia patriotycznego. Czy nauczanie historii może być właściwym środkiem do tego, co można by nazwać wychowaniem patriotycznym? Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy patriotyzm. Jeśli uznamy, że patriotyczne wychowanie sprowadza się do prezentowania wychowankom jednej konkretnej wizji historii, w gruncie rzeczy jest to uprawianie historycznej propagandy. Przyjmując założenie, że patriotą jest ten, kto wierzy w jedną słuszną wizję historii, pozostajemy na gruncie nowożytnej koncepcji polityki. Jeśli natomiast przyjmiemy, że uczniowie powinni znać podstawowe fakty dotyczące wydarzeń historycznych i jednocześnie powinni uczyć się krytycznej i samodzielnej oceny tych zdarzeń, można nazwać to wychowaniem patriotycznym, ale w innym znaczeniu. Zgodnie z taką koncepcją patriotą jest ten, kto wprawdzie kocha swój kraj, ale mimo wszystko nie stawia przywiązania do swojego własnego państwa wyżej niż umiłowanie prawdy. W tym przypadku poruszamy się w obrębie paradygmatu cywilizacji łacińskiej. Zgodnie z nim nauczanie historii powinno więc pokazywać kompleksowość poruszanej problematyki, gdyż inaczej stanie się właśnie narzędziem politycznej propagandy. Problem polega jednak na tym, że umysł dziecka czy też nastolatka tylko w ograniczonym zakresie jest w stanie ogarnąć taką kompleksowość materii...

Śledząc dyskusję na temat nauczania historii w szkole, jak i szerzej pojętej polityki historycznej, odnoszę wrażenie, że wielu przedstawicieli prawicy tego nie rozumie. W gruncie rzeczy uczestniczą więc w walce o „maszynę”: tak naprawdę chodzi o to, kto znajdzie się u sterów tej maszyny i narzuci innym swoją wizję historii.

Kwestia programów nauczania historii jest elementem szerzej pojętej polityki historycznej. Na gruncie paradygmatu nowożytnego polityka historyczna jest w pełni podporządkowana koncepcji racji stanu. Jej celem jest wytwarzanie jedności i tożsamości społecznej poprzez tworzenie wspólnej pamięci historycznej, jak również wskazywanie na to, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem (polityka wewnętrzna). Państwo bowiem samo, swoimi własnymi środkami technicznymi musi wytworzyć taką jedność. Za pomocą polityki historycznej państwo może także mobilizować masy i sterować nimi w określonym kierunku. Polityka historyczna skierowana jest także na zewnątrz, co wiąże się ściśle z wytwarzaniem propagandowego wizerunku danego państwa. Państwo kreuje więc swoją własną rzeczywistość, która musi odpowiadać jego racji stanu. Liczy się tylko techniczna skuteczność. W przypadku tak pojętej polityki historycznej, badanie czy też nauczanie historii ma służyć interesom państwa, a nie poszukiwaniu prawdy. Tak pojęta polityka historyczna jest nie do pogodzenia z paradygmatem cywilizacji łacińskiej, zgodnie z którym zadaniem nauki jest poszukiwanie prawdy, a nie służenie doraźnym interesom politycznym. Ten drugi paradygmat wymaga daleko posuniętego oddzielenia nauki od polityki i przede wszystkim, decentralizacji prowadzenia badań naukowych.

Mając to na uwadze, konserwatyści powinni w gruncie rzeczy dążyć do daleko posuniętej rezygnacji z tego, by państwo mieszało się w sferę prowadzenia badań historycznych, jak i w nauczanie historii. Tutaj jednak pojawia się pewien problem. A polega on na tym, że państwo, które zdecyduje się na „opcję łacińską”, stanie się praktycznie bezbronne w stosunku do państw, które obrały „opcję nowożytną”. Te drugie mogą bowiem celowo prowadzić taką politykę historyczną, której celem będzie osłabienie owego pierwszego państwa. W odniesieniu do Polski należy więc postawić pytanie, czy w obecnej sytuacji geopolitycznej Polska może zrezygnować z prowadzenia aktywnej polityki historycznej. Pytanie drugie dotyczy tego, czy Polska mogłaby prowadzić taką politykę, ale w taki sposób, aby nie musiało to być związane z całkowitym sprzeniewierzeniem się ideałom cywilizacji łacińskiej. 

Polityka historyczna naszych sąsiadów

Zacznijmy od pytania pierwszego. Przyglądając się politykom historycznym naszych sąsiadów, nietrudno dostrzec, że obecne są w nich silne elementy antypolskie. Na Ukrainie mamy do czynienia z jawnym odrodzeniem się nacjonalizmu, który dokonuje gloryfikacji dokonań Bandery i UPA. Także na Białorusi pielęgnowane są antypolskie nastroje, co manifestuje się poprzez szykanowanie polskiej mniejszości narodowej. W Rosji w miejsce obchodów wybuchu rewolucji październikowej został ustanowiony Dzień Jedności Narodowej, który jest świętem państwowym, upamiętniającym zdobycie przez powstańców ludowych w 1612 roku Kremla, opanowanego przez Polaków. Na Litwie dzieją się natomiast rzeczy wręcz kuriozalne. W informatorach przeznaczonych dla turystów nie ma nawet śladu wiadomości o istnieniu unii polsko-litewskiej. I tak królowie I RP stają się królami wyłącznie litewskimi, pojawiają się także stwierdzenia, że Litwa sięgała od morza do morza... Dłuższego omówienia wymagają Niemcy. Zgodnie z informacjami umieszczonymi na stronie Centrum Przeciwko Wypędzeniom, Niemcy uznali samych siebie za największe ofiary II wojny światowej i w ogóle całego XX wieku. Natomiast Polacy zostali obwołani sprawcami wielu zbrodni. Pomysłodawcy Centrum podają liczby, z których wynika, że w czasie II wojny światowej Niemcy „wypędzili” 6 350 000 Żydów, 460 tys. Polaków, 100 tys. Francuzów i 60 000. Słoweńców. Polacy natomiast po wojnie „wypędzili” aż 7.044.000 Niemców i 690 000 Ukraińców i Białorusinów. W przeciągu XX wieku „wypędziliśmy” 8.430.000 osób (na tę liczbę składa się także 700 000 Niemców „wypędzonych” po I wojnie światowej). Niemcy w tym samym czasie „wypędziły” 6.970.000 osób, a Związek Radziecki/Rosja – 9.720.000. W XX wieku zostało natomiast „wypędzonych” 14.607.000 Niemców. Wynika z tego, że największą ofiarą XX wieku są właśnie Niemcy. Co ciekawe, na stronie nie ma żadnej informacji o Generalnym Planie Wschodnim, jak również o rosyjskich ofiarach niemieckich „wypędzeń” (a było ich kilka milionów). Pójdźmy dalej. Tomasz Formicki w artykule „Nazistowskie demony nad niemieckimi służbami specjalnymi” wskazuje na to, że przemilczaną kwestią i praktycznie nieznaną, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, jest fakt, że to niemieckie służby specjalne ukuły termin „polskie obozy koncentracyjne”. Odpowiedzialna za to była Agencja 114, która rozpoczęła operację psychologiczną, w której ten termin powtarzano niczym mantrę. Warto zacytować fragment artykułu: „Odrobina fałszu w historii po latach może łatwo przyczynić się do wybielenia historycznej odpowiedzialności Niemiec za Zagładę” – przekonywał Alfred „Grubas” Benzinger. Koncepcja Agencji 114 uzyskała akceptację szefa Gehlen Organisation, bowiem w latach 50. Niemcy, które chciały odbudować swoją pozycję w Europie, musiały postawić na gospodarkę, i to potęga gospodarcza była dalekosiężnym celem rządzących Niemcami. To właśnie budowie silnej gospodarki podporządkowano wszystkie priorytety państwa i jego instytucji, w tym służb specjalnych. Pod koniec lat 50. Niemcy stanęły przed bardzo trudnym zadaniem poprawy wizerunku na arenie międzynarodowej. Stawką było nie tylko dobre imię nowego państwa, ale przede wszystkim rozwój gospodarczy, bo przez pewien czas po zakończeniu II wojny światowej w krajach dotkniętych wojną nikt nie chciał kupować niemieckich towarów. W łonie zachodnioniemieckich specsłużb powstała koncepcja szeregu działań propagandowych, aby temu zaradzić. Jednym z nich była próba zrzucenia chociaż części odpowiedzialności niemieckiej za ludobójstwo. Opracowanie planu i strategii działania (dziś użylibyśmy określenia: kampanii reklamowej – PR-owej) Gehlen polecił swoim najbardziej zaufanym ludziom, pracownikom Agencji 114. To oni pod kierownictwem Benzingera opracowali koncepcję, aby posłużyć się semantyczną manipulacją i wprowadzić do obiegu medialnego termin „polskie obozy zagłady”. Zarzuty o manipulację odpierano tłumaczeniem, że taki właśnie termin jest skrótem odnoszącym się do hitlerowskich obozów zagłady w Polsce. W rzeczywistości jednak termin „polski obóz koncentracyjny” w świadomości odbiorców mediów masowych subtelnie, wręcz w niedostrzegalny sposób zmieniał ofiary – w tym wypadku Polaków – w sprawców. Terminem „polskie obozy koncentracyjne” zaczęły posługiwać się opiniotwórcze zachodnioniemieckie media: głównie gazety i stacje telewizyjne. W bardzo sprawny sposób ten termin został przeniesiony do przestrzeni informacyjnej w USA i Europie Zachodniej” (http://diarium.pl/2012/01/nazistowskie-demony-nad-niemieckimi-sluzbami-specjalnymi).

Warto też krótko wskazać na nowo powstałe stowarzyszenie Związek Właścicieli Wschód, którego przewodniczący Lars Seidensticker wystosował odezwę wielkanocną do Polaków. Oto jej fragment: „Musimy znaleźć wspólną drogę, która pomoże nam pokonać i usunąć zakorzenione od stuleci nienawistne nastawienie Polaków do ich niemieckich sąsiadów. (...) Szczególnie chrześcijanom powinno zależeć na przestrzeganiu 10 przykazań. Powtarzając za gdańskim sekretarzem stanu Felskim: «kto narodowi odbiera ojczyznę, jest przez Boga wyklęty i nie zazna pokoju, choćby go bardzo szukał. Jego dzieła nie będą błogosławione ani nie wydadzą plonów, gdyż zabrać komuś ojczyznę to więcej niż zabić, a tego Bóg nie wybacza». Założyciele niemieckiego Związku Właścicieli Wschód są przekonani, że rozpoczynająca się w maju kampania, mająca na celu przybliżenie milionom Polaków prawdy historycznej, trafi na podatny grunt”. Prawdopodobnie za tą inicjatywą także stoją niemieckie służby specjalne.

Wiele wskazuje więc na to, że nasze sąsiednie państwa prowadzą intensywną politykę historyczną, która wymierzona jest przeciwko nam. Polityka ta podporządkowana jest ich bieżącym interesom politycznym.

Jak Polska powinna na to zareagować? Problem jest jasny. Przyjęcie paradygmatu „łacińskiego” oznaczałoby, że to sami historycy musieliby walczyć z polityką historyczną innych państw. Czy są w stanie podołać takiemu zadaniu? Obawiam się, że nie. Fragment tekstu Formickiego bowiem doskonale ukazał ścisłe powiązanie niemieckiej polityki historycznej z propagandową działalnością niemieckiego wywiadu. I prawdopodobnie tylko tak prowadzona polityka historyczna jest w stanie przynieść wymierne korzyści polityczne. „Paradygmat łaciński” mógłby więc w Polsce zostać wprowadzony tylko wtedy, gdyby inne państwa także wprowadziły go u siebie. W sytuacji, kiedy np. Niemcy opanowały w sposób mistrzowski technikę prowadzenia polityki historycznej zgodnie z paradygmatem nowożytnym, sprawa jest dość skomplikowana.  

Polityka historyczna w paradygmacie cywilizacji łacińskiej?

Przejdźmy więc do drugiego pytania. Czy możliwe jest prowadzenie polityki historycznej, ale bez całkowitego podporządkowywania się nowożytnej koncepcji racji stanu? Żeby lepiej pokazać, na czym polega problem, proponuję przeprowadzić krótki eksperyment myślowy. Jak musiałaby wyglądać polska polityka historyczna, która w 100 procentach odpowiadałaby paradygmatowi nowożytnemu? Polscy decydenci polityczni najpierw musieliby postawić sobie konkretne cele polityczne. Następnie musieliby się zastanowić, jakimi środkami mogą osiągnąć te cele. I jednym z takich środków mogłoby być wykreowanie określonej „prawdy historycznej” bez względu na to, czy ma ona oparcie w faktach, czy nie. „Prawda” ta następnie musiałaby zostać odpowiednio rozpropagowana. Z krótkiego eksperymentu jednoznacznie wynika, że przyjęcie takiego sposobu działania – które w pełni opisuje sposób prowadzenia np. niemieckiej polityki historycznej – musiałoby oznaczać pełne pogwałcenie prawdy jako jednej z podstawowych wartości cywilizacji łacińskiej.

Czy więc możliwe jest połączenie szacunku dla prawdy oraz prowadzenie skutecznej polityki historycznej? W ramach tego opracowania nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Co najwyżej, mogę wskazać na pewne zagadnienia, które powinny stać się przedmiotem dalszej dyskusji.

Jednym z narzędzi polskiej polityki historycznej miał stać się IPN. Zgodnie z informacjami podanymi na stronie tej instytucji, do zadań Instytutu należy gromadzenie i zarządzanie dokumentami organów bezpieczeństwa państwa, sporządzonymi od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r., prowadzenie śledztw w sprawie zbrodni nazistowskich i komunistycznych oraz prowadzenie działalności edukacyjnej. Działalność tej instytucji budzi wiele kontrowersji, zarzucane jest jej między innymi forsowanie pewnej wizji historii. W ramach niniejszego opracowania nie jestem w stanie bliżej zająć się tym zagadnieniem. Chciałabym natomiast wskazać na inny problem, a konkretnie, możliwość „wrogiego przejęcia” tej instytucji przez obce państwa albo inne organizacje polityczne. Wielu obrońców IPN chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że może ona w prosty sposób stać się środkiem do realizowania obcych interesów. Być może z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku olsztyńskiej delegatury IPN. Od 8 lutego 2010 r. jej naczelnikiem jest Grzegorz Jasiński, który jest także jednym ze współzałożycieli stowarzyszenia „Wspólnota Kulturowa Borussia” (Borussia to zlatynizowana nazwa Prus. Informacja o G. Jasińskim na podstawie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Grzegorz_Jasi%C5%84ski). Stowarzyszenie to prowadzi swoją własną politykę historyczną, za którą stoją bardzo konkretne cele polityczne. Jak wynika z informacji podanych na jego stronie, „Borussia” oparła swój program działania na dwóch ideach: „Atlantydy Północy” oraz „otwartego regionalizmu”. (http://www.borussia.pl/index.php?p=pg&id=1). Poetycki skrót myślowy „Atlantyda Północy” jest odpowiednikiem dawnych Prus Wschodnich. Natomiast ideą przewodnią działań stowarzyszenia jest „tworzenie nowych zjawisk kultury ponad podziałami i konfliktami narodowościowymi w jednoczącej się Europie w odwołaniu do wielokulturowego dziedzictwa regionu Warmii i Mazur, dawnych Prus Wschodnich”. Stowarzyszenie wspiera rozwój transgranicznej świadomości kulturowej na podstawie wspólnej historii oraz poznawania współczesnych stosunków politycznych i narodowościowych regionu. Organizacja ta wprawdzie odwołuje się do idei „prawdy historycznej, moralnej, egzystencjalnej”, badnie historii ma jednak cel utylitarny i jest nim właśnie realizowanie opisanej wyżej wizji politycznej. Aktualne zaangażowanie Gzegorza Jasińskiego jako naczelnika olsztyńskiej delegatury IPN w działalność tego stowarzyszenia na pewno wymaga bliższego zbadania.

Stworzenie takiej instytucji jak IPN, która miałaby służyć realizacji polskich interesów narodowych, wymaga od państwa polskiego posiadania umiejętności zachowania kontroli nad „maszyną”... Oczekiwanie, że IPN sam przez się będzie funkcjonował jako instytucja służąca poszukiwaniu prawdy, może być wyrazem zwykłej politycznej naiwności.

Idźmy dalej. Spora część prawicy preferuje prowadzenie takiej polityki historycznej, która przede wszystkim koncentruje się na pilęgnowaniu tradycji powstań i zrywów narodowych (dotyczy to także strajków w Polsce powojennej). Polityka taka jest jednak dość problematyczna, i to przynajmniej z trzech powodów. Po pierwsze, jest to w pewnej mierze kreowanie propagandy historycznej. Jednym z przykładów jest tutaj podtrzymywanie kultu Józefa Piłsudskiego i marginalizowanie postaci Romana Dmowskiego (o którym większość Polaków nigdy nie słyszała). Tak prowadzoną politykę należy krytycznie ocenić z punktu widzenia rzetelnego i naukowego badania i nauczania historii. Po drugie, polityka taka wydaje się być chybiona z punktu widzenia interesów państwa polskiego. Tworzenie wzoru patriotyzmu, który sprowadza się głównie do gotowości do podjęcia walki zbrojnej, nie sprawdza się w codziennym życiu społeczeństwa (tym bardziej że większość tych zrywów przynosiła skutki odwrotne do zamierzonych...). W przypadku pielęgnowania takiego właśnie wzorca patriotyzmu istnieje niebezpieczeństwo, że w narodzie utrwalą się schematy zachowania, które mogą być niekorzystne dla samego narodu. Po trzecie, istnieje poważne prawdopodobieństwo, że taka właśnie polityka historyczna jest częściowo kształtowana przez obce państwa i organizacje, w których interesie leży właśnie to, by Polacy celebrowali przegrane powstania!

Jednym słowem, podporządkowanie polskiej polityki historycznej ideałowi prawdy wymagałoby wpierw tego, aby wielu polskich patriotów zrozumiało, że odnalezienie prawdy chociażby o naszej własnej historii jest sprawą niezwykle skomplikowaną...

W jaki więc sposób państwo polskie powinno reagować na politykę historyczną obcych państw bez jednoczesnego uprawiania własnej historycznej propagandy? Wydaje się, że złotym środkiem byłoby wbijanie „klina” w takie wizje historyczne tworzone przez obce państwa i inne organizacje, które same siebie prezentują jako „ostateczną prawdę”. Strategię polegającą na przeciwstawianiu takim „prawdom” swojej własnej „ostatecznej prawdy” uważam za z gruntu błędną. Państwo polskie powinno stworzyć mechanizmy monitoringu obcych polityk historycznych, jak również odpowiedniego reagowania na nie. Takie reagowanie mogłoby polegać na przykład na publicznym prezentowaniu faktów, falsyfikujących „ostateczne prawdy”.

Inne metody działania powinny zostać wyłonione w ramach dalszej pogłębionej dyskusji na podjęty w tym tekście temat.

Autorka studiowała prawo i filozofię na KUL, Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytetach w Bonn i Heidelbergu; studia doktoranckie na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Bonn oraz w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Technicznego w Akwizgranie; autorka bloga „W służbie orthos lógos” (magdalenazietek.blogspot.com).