Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Dorzeczna mowa
Alina Brzózka 2010-05-07

„Należałoby” – czyli o językowych unikach

Czasownik odmienia się przez osoby – wiedzą o tym nawet ci młodsi uczniowie szkoły podstawowej. Wykonawcą jakiejś czynności mogę być ja, możesz być ty, czasami my itd. W życiu codziennym rodzice, zwracając się do dzieci, chętnie używają ze zrozumiałych względów trybu rozkazującego: „Umyj ręce po przyjściu z podwórka”, „siadaj już do stołu”, „zacznij odrabiać lekcje”.

Są oczywiste stwierdzenia w trybie oznajmującym: „ja czytam”, „ty idziesz”, „oni jadą”. Wiadomo dokładnie, kto jest wykonawcą danej czynności. Występuje jednak w języku możliwość ukrycia osoby-wykonawcy danej czynności, tak aby całą uwagę skierować na samą czynność. Stosujemy wtedy chętnie stronę bierną: Jeśli piszącemu nie zależy np. na podkreśleniu autorstwa tekstu, zamiast: „tekst napisałem”, stwierdzi: „tekst został napisany” w takich a takich okolicznościach. W naturalny sposób przestrzenią występowania tego typu sformułowań są prace naukowe, których podstawowym zadaniem jest odnosić się ad rem. Jako zwyczajni użytkownicy języka mamy do dyspozycji całkiem szeroki zestaw możliwości eksponowania tych treści, na których nam zależy. Żona zwraca się do męża, ale nie chce wprost zgłosić potrzeby zrobienia przez niego określonej rzeczy. Wtedy w sukurs przychodzą takie formy jak: należałoby, warto by, trzeba by... Zamiast: „wynieś śmieci”, może on usłyszeć: „trzeba by wynieść śmieci...”; zamiast: „kupmy nowe meble”, „należałoby przemyśleć zmiany w naszym domu...”. Oczywiście słuchacz powinien się domyślić, o co jego drugiej połowie chodzi.

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy tego rodzaju komunikat ma charakter pozornie stwierdzający pewne fakty: „podniszczone są te nasze krzesła w kuchni...”, „widziałam ładny dywan w sklepie”, aż po sakramentalne: „nie mam co na siebie włożyć...” Wiadomo, że celem nadawcy jest wywołanie pożądanej reakcji u odbiorcy. Słuchający jest zobowiązany do domyślenia się, jaka intencja stoi za takim komunikatem, i podjęcia konkretnych działań, najlepiej z entuzjazmem.

Jak wyrażamy swój stan w pochmurny dzień przed wypiciem pierwszej kawy?: „Nie chce mi się”. Nie mówimy: „nie chcę”, ale „nie chce mi się”. Rozróżniamy w ten sposób to, co jest związane z naszym rozumnym aktem decyzyjnym od chwilowego stanu emocji, okoliczności czy złego samopoczucia. Uciekamy przed wyeksponowaniem „ja” będącego podmiotem sprawczym. O niezależnych od naszej woli procesach, choćby dotyczyły naszego ciała, powiemy np: „burczy mi w brzuchu”, „jest mi niedobrze” – i będzie to znaczyło coś zupełnie innego niż to, że „burczę na domowników” albo „jestem niedobry”.

Na zakończenie morał: Językowe ukrycie wykonawcy działania nic nie zmienia w kwestii odpowiedzialności za czyn. Za wypowiadane słowa również.