Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Dorzeczna mowa
Alina Brzózka 2010-03-10

Angielski w natarciu

Sprawa dla wielu rodziców jest oczywista – przedszkolak musi się uczyć angielskiego. Niektórzy traktują sprawę śmiertelnie poważnie i regularnie przepytują swego czterolatka, który ledwie pamięta jak jest kot czy pies oraz potrafi wymienić może ze dwa kolory w tym języku. Gdy ocenią, że ich dziecko nie czyni satyfakcjonujących postępów w nauce, zgłaszają się nierzadko z pretensjami do nauczyciela angielskiego.

Czy z taką samą powagą traktują postępy swych pociech w poznawaniu mowy ojczystej? Wydaje się, że niekoniecznie. To nie dzieci, ale rodzice obrażają się na nauczycieli nauczania początkowego za próby stawiania wymagań w zakresie kaligrafii, to zatroskani rodzice w końcu „załatwiają” przemęczonemu obcowaniem z zawiłościami języka dziecku zaświadczenie o dysleksji. Nie chcę przez to powiedzieć, że problem różnych dysfunkcji nie istnieje, ale jak wskazują ostatnie badania, nie dotyczy aż tak licznej grupy uczniów jak do tej pory zakładano.

Nasz przedszkolak rośnie, jego znajomość języka angielskiego ugruntowuje się na korepetycjach i dodatkowych zajęciach sowicie opłacanych przez rodziców. Zdaje maturę kończy studia i rozpoczyna pracę – zjednoczona Europa stwarza takie szanse! Może pracuje przy pozyskiwaniu środków unijnych? Tworzy programy rozwoju regionów, rewitalizacji zabytków, odnawialnych źródeł energii itp. Są to w jego mniemaniu dokumenty najwyższej wagi, dlatego napisze zgodnie z tradycją anglosaską wszystkie człony z wielkiej litery. Nie da się przekonać, że zgodnie z regułami obowiązującymi w języku polskim wielką literą pisze się: „pierwszy wyraz w jedno- i wielowyrazowych tytułach utworów literackich i naukowych (np. książek, rozpraw, artykułów, wierszy, pieśni), w tytułach ich rozdziałów, w tytułach dzieł sztuki, zabytków językowych, odezw, deklaracji, ustaw [podkreśl A.B]: (...) np. Uniwersał połaniecki, Kodeks pracy, Konstytucja 3 maja, Statut wiślicki, Deklaracja praw dziecka. Wystarczy wejść na jakąkolwiek stronę internetową ministerstwa, urzędu wojewódzkiego, marszałkowskiego, starostwa czy jakiejkolwiek gminy, by stwierdzić, że cała Polska ma emocjonalny stosunek od kwestii oczyszczania ścieków, ochrony przyrody, rozwoju własnego regionu, po wszelkie działania z zakresu profilaktyki zdrowotnej. Pisze się więc nazwę dokumentu wielką literą od początku do końca, (nierzadko z zaimkami włącznie), bo dokument ważniejszy niż Konstytucja 3 maja? Raczej jednak to bezmyślna kalka z angielskiego albo asekuracja – bezpieczniej jest pisać wielką wszystko, żeby nikt nie zgłosił zastrzeżeń. Maniera ta jest niezwykle rozpowszechniona przy zupełnym braku świadomości popełniania błędu językowego.

Podobny brak kompetencji językowej sprawił, że w normie PN-EN ISO 9001 znalazł się zapis „audit”, ignorujący zupełnie formę „audyt” zadomowioną w języku polskim i jedynie poprawną. Potem już odwoływano się do tego zapisu jak do świętej Biblii. Bezrefleksyjne przejęcie formy anglosaskiej zaskutkowało np. tym, że osoby prowadzące szkolenia wymuszały stosowanie błędnej formy zapisu, poprawiając u uczestników nawet poprawną wymowę z „y”! Gdyby stosować tę zasadę konsekwentnie, należałoby mówić również: „direktor gimnazjum”.

Proponuję zatem zacząć wdrażać Program odnowy języka polskiego we własnym domu, regularnie przeprowadzając audyt z użyciem Słownika ortograficznego.