Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Dorzeczna mowa
Alina Brzózka 2011-05-09

Dyslektyk niezdiagnozowany

Kolejna wpadka, tym razem ortograficzna, prezydenta Komorowskiego, który w księdze kondolencyjnej ambasady Japonii napisał: „Jednoczymy się w imieniu całej Polski z narodem Japoni w bulu i w nadzieji na pokonanie skutków katastrofy”, była słusznie wykpiona zarówno w mediach, jak i przez użytkowników internetu. Wstyd i tyle. Nie ma nad czym się rozwodzić. Prezydent przeprosił, choć uczynił to w stylu, jaki prezentuje nierzadko mój kilkuletni syn, kiedy go strofuję za złe zachowanie: „a Kacper też był niegrzeczny...” Zyskał przydomek Bul-Komorowski.

Dużo bardziej interesującą kwestią jest argumentacyjny fikołek, jaki trzeba wykonać, żeby prezydenta bronić. Jedni, widząc, na jak straconej są pozycji w tej sprawie, wzywali do pokornego uznania, że wszyscy jesteśmy grzesznikami językowymi. Ofensywę przeprowadził Jacek Żakowski. W ramach solidarności z prezydentem wyznał, że sam jest dyslektykiem, zatem błędy robi (w domyśle: i proszę do czego doszedłem), a następnie zaatakował: „A ja uważam, że w tej całej półinteligenckiej pysze, która zakłada, że znajomość ortografii jest ważniejsza niż inne przymioty umysłu, jest coś bardzo nieładnego”. I tak oto wszyscy, którym na sercu leży dbałość o piękno polszczyzny zostali... zadufanymi w sobie półinteligentami. Mistrzowskie zastosowanie retorycznego chwytu retorsio argumenti. Gratulacje. Publicysta idzie dalej. Stawia tezę, że prezydent też jest dyslektykiem, tyle że niezdiagnozowanym. Gdyby został zdiagnozowany, mógłby przecież dostać stosowne zaświadczenie, a z nim pewne przywileje... Mógłby się np. dłużej zastanawiać, zanim coś powie.

Sprawa dysleksji niezdiagnozowanej w sposób naturalny każe spojrzeć na sytuację w szkole. Może stanowić przestrogę dla wielu rodziców, którzy kierując się źle pojętą troską o całkowicie zdrowego, a jedynie leniwego ucznia, „załatwiają” mu opinię o dysleksji z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Jeszcze inni chcą w ten sposób „ułatwić” dziecku uzyskanie lepszych wyników w nauce i ostatecznie zwiększyć szanse dostania się do tzw. dobrej szkoły. Życie może te plany w dość okrutny sposób zweryfikować. O skali nieuczciwie uzyskiwanych zaświadczeń świadczy fakt, że kilka lat temu w Sopocie 48 proc. uczniów szkół podstawowych i 41 proc. w gimnazjach miało zaświadczenie o dysleksji. Ocenia się, że faktycznie dzieci z dysleksją jest w populacji od kilku do najwyżej kilkunastu procent.

Zaświadczenie daje uczniowi je posiadającemu szereg uprawnień. Nauczyciel jest obowiązany dostosować wymagania edukacyjne do indywidualnych potrzeb ucznia, u którego stwierdzono trudności w uczeniu się, w tym specyficzne trudności, uniemożliwiające sprostanie standardowym wymaganiom. Uczniowie (słuchacze) z dysfunkcjami mają prawo przystąpić do sprawdzianu lub egzaminu gimnazjalnego w warunkach i formie dostosowanych do ich dysfunkcji. Ostatecznie oznacza to mniejsze wymagania, dłuższy czas na wykonanie zadań na egzaminie i większą liczbę punktów.

Warto byłoby te przywileje zrównoważyć jakimiś obowiązkami. Mam na to autorski pomysł. Dysleksja dotyczy osób o normalnym poziomie inteligencji. Nie będzie dla nich zatem problemem nauczenie się (może być na pamięć i odtwórczo) zasad pisowni języka polskiego, wraz z wkuciem na pamięć wyjątków i zdanie dodatkowego egzaminu ze znajomości tychże zasad, np.w gimnazjm i przed maturą – dla utrwalenia. Taki egzamin byłby obligatoryjny i jak sądzę wykluczyłby wszystkich podrabianych dysortografików. Żadne „dys-” nie zwalnia z teoretycznego i pamięciowego choćby opanowania jakiegoś fragmentu wiedzy.

Po wprowadzeniu takich reguł zaistnieje pewna szansa, że licealista, sięgając po związany z „Rzeczpospolitą” magazyn „Uważam Rze” – będzie wiedział, dlaczego jest on „Inaczej pisany”.